czwartek, 15 czerwca 2017

Mój (pewien) początek wszystkiego

Stoję w pourlopowy poniedziałek w pracy na linii u dziewczyny, która szkoli się na operatorkę maszyny, ale totalnie sobie z tym nie radzi, nie umie nic ustawić, dlatego mamy przez nią jeszcze więcej roboty, której i tak w sezonie jest w ch...olerę. Podpadam jej pomocnicy, bo pytam, dlaczego to my musimy wszystko ogarniać, skoro one są dwie i mają sobie same z tym radzić. Stoję, nucę radiowe piosenki i myślę. Nagle przypominam sobie niedawno przeczytany >post Oli<. Mój początek wszystkiego. I oto jest plan na wieczór. Początek przygody w Holandii? Już pisałam. Początek blogowania, początek tego bloga? Non stop o tym wspominam. W pewnym momencie słyszę pierwsze dźwięki 'Summer Paradise' Simple Plan, przypomina mi się wrześniowe summer paradise na warszawskim Wybrzeżu Kościuszkowskim i już wiem. Już wiem, co było moim początkiem wszystkiego.


Czerwiec 2009, ukończona klasa maturalna, najdłuższe wakacje w życiu. Nieodstępująca mnie na krok licealna przyjaciółka mówi, że pojutrze idę z nią i z jej mężczyzną na koncert Comy. Nie znam Comy. Nigdy w życiu nie byłam na żadnym koncercie. Nie chcę. Chodź z nami, będzie fajnie, masz coś lepszego do roboty? Nie miałam, wiec poszłam. Próbowałam zapoznać się z piosenkami zespołu, ale nie miałam zbyt wiele czasu, więc kojarzyłam może ze trzy. Staliśmy na Placu Zamkowym, pod moją parasolką w panterkę, bo było paskudnie, mokro i ulewnie. Ale było... ciekawie.

W kolejnych latach, już jako pełnoprawna studentka wraz ze znajomymi studentami zaczęłam uczęszczać na koncerty juwenaliowe w moim mieście. M.in. IRA, T.Love, happysad, The Rasmus, Myslovitz, Farben Lehre, Hey, Video, Strachy na Lachy, znowu Coma, Kult, >The Subways<, Cool Kids Of Death, Dżem. Dożynki w miejscowościach nieopodal, koncerty z okazji urodzin galerii handlowych, sylwester.

Słuchając Eski Rock dowiedziałam się, że w Warszawie na Ursynaliach zagra Simple Plan. Moja niegdysiejsza ogromna miłość. Bilety były w jakiejś śmiesznej cenie, ale nie miałam nikogo, kto by się tam ze mną wybrał. Przypadkiem wspomniałam o tym koleżance, która zareagowała bardzo entuzjastycznie i zaczęłyśmy planować wypad na mój pierwszy poważniejszy koncert, bo płatny i nie w mieście zamieszkania. Nie obyło się bez stresu, bo dzień później z samego rana miałam egzamin, ale pan doktor był bardzo wyrozumiały i gdy powiedziałam mu prosto z mostu, że jadę na koncert i bardzo mi na nim zależy, odparł, że nie ma sprawy, że napiszę w innym terminie. Pojechałyśmy, fajnie się bawiłyśmy, nocowałyśmy w akademiku u kolegi, stwierdziłam, że na pewno nieraz wybiorę się na taką eskapadę. I nieraz się wybrałam.

Koncerty urodzinowe Eski Rock (→ >Widzę to i wiem, że niezwykłe jest tuż obok mnie<), które były nie tylko pretekstem do dobrej zabawy, ale również i spotkania tajemniczych (do tej pory) głosów, które wydobywają się z drugiej strony radioodbiornika, ale również i ludzi, których znałam jedynie z komentarzy na fanpage'u tegoż radia.

Linkin Park na OWF w 2012 (→ >A place for my head<), czyli pierwszy poważny festiwalowy koncert jednego z bardzo znanych zespołów rockowych na świecie. Spotkanie chłopaków po raz drugi we Wrocławiu 2 lata później (→ >No one there to catch you in their arms<) i w kolejnym roku w Rybniku.

Shinedown, czyli jedni z moich najukochańszych chłopaków, w Warszawie. (→ >I've seen a million miles, met a million faces<) – pierwszy koncert, na który wybrałam się z moją O. Którą poznałam przez internet, świetnie się zakumplowałyśmy i swego czasu przyjechałyśmy razem do Holandii. Da się? Da się.

Akustyczny walentynkowy koncert IRY. Niespełna półtora miesiąca później, już zwykły elektryczny w HRC. Do tej pory widziałam ich tylko 9 razy, a kolejne 99 razy pójdę na nich z marszu, w nocy o północy, dasz wiarę?

Green Day, mój najukochańszy Green Day, najukochańszy zespół na świecie. Po raz pierwszy w Atlas Arenie w 2013 (→ >We had the time of our lives<), gdy bilety wygrałam na antenie radia i po raz drugi w styczniu tego roku w Tauron Arenie (→ >Check my vital signs to know I'm still alive<), kiedy to stwierdziłam, że pierdolę pracę, biorę urlop, bo muszę ich zobaczyć ponownie na żywo, po prostu muszę, choćby nie wiem, co miało się dziać.

Lindsey Stirling w Tilburgu (→ >Violins can be fun!<) i ta spontaniczna decyzja podjęta z Karolem pod wpływem alkoholu. Ale jakże słuszna.

Dziś, właśnie teraz miałam być w Krakowie. Spacerować po mieście albo siedzieć nad Wisłą z Agą (z którą już uskuteczniłam wypad do Warszawy 5 lat temu i do Wrocławia 3 lata temu), niecierpliwić się i pomału zmierzać w kierunku Tauron Areny. Na kolejny koncert. Festiwal. Występ bardzo znanego rockowego zespołu, który do tej pory widziałam trzykrotnie. Ale... ponad miesiąc temu nie miałam na nic siły, więc musiałam poprosić o wcześniejszy urlop, sprzedać bilet na koncert i nie ma mnie tam. I nie będzie. Trochę mi przykro, ale po tym, jak ostatnio zachowywała się Aga, gdy dałam jej znać, że niestety nie mogę jechać, później była na mnie wściekła, że sprzedałam tylko swój bilet, zostawiając ją z jej (pozbyłam się go po kosztach, podczas gdy ona nie chciała schodzić z ceny i tracić pieniędzy), stwierdziła, żebym wreszcie dorosła i zaczęła poważnie i odpowiedzialnie podchodzić do życia. Podpisano: Aga, lat: 30, która zaraz po tym, usunęła mnie ze znajomych na Facebooku. Nieważne. Już mnie to nie interesuje. Jednak trochę boli. Nie utrata tej znajomości. Nie to, że nie pojawię się na kolejnym koncercie Linkin Park. Boli mnie świadomość, że nie będę uczestniczyła w koncercie Machine Gun Kelly, który również ma grać na tym festiwalu, a w muzyce którego ostatnio się zakochałam... (Ale Aga jest fanką jedynie metalowej/rockowej muzyki, więc bym się chyba tam nie pobawiła. Jedyne pocieszenie ;) )


Koncert. Dreszcze, które przechodzą ciało w momencie, gdy wszystko się zaczyna. Możliwość zobaczenia na żywo wykonawcy czy zespołu, który się wielbi ponad życie. Usłyszenia swoich ulubionych piosenek. Wyśpiewania ich na całe gardło. Wykrzyczenia tych dobrych i złych emocji, które siedzą gdzieś głęboko. Skakania i tańczenia. Razem z tysiącami ludźmi, którzy są wokół i reagują tak samo. Liczy się tylko tu i teraz. Żeby przez chwilę dobrze się bawić. Żeby zapomnieć o swoich problemach, o tym, co było wczoraj, co będzie jutro, zapomnieć o całym świecie. I pamiętać o tej chwili już zawsze. To nie tylko koncert. To przeżycie, doznanie.
Źródło: picturequotes.com