piątek, 24 marca 2017

Violins can be fun!

Staliśmy kiedyś z Karolem na palarni, byliśmy w trakcie totalnie abstrakcyjnej rozmowy, był też Synek, śmiałam się, że zawsze możemy lecieć do Sztokholmu, bo szybciej i przecież Szwecja, gdy Synek zainteresował się o co chodzi.

Ja: Wybieramy się na koncert Lindsey Stirling.
Synek: Nie znam, kto to?
Ja: Skrzypaczka.
Synek: Cooooooooo? Koncert skrzypcowy? Nuda. Po co wam to?

Ale Lindsey Stirling nie jest byle jaką skrzypaczką. Jej muzykę zalicza się do gatunku classical crossover, czyli klasyczną muzykę skrzypcową łączy z hip-hopem, dubstepem, a oprócz tego przy okazji gry, również tańczy i czasem śpiewa. Na scenie wszędzie jej pełno. Każdy teledysk wizualizujący jej utwory jest wyjątkowy, magiczny, przemyślany, niepowtarzalny. Dziewczyna jest kopalnią pomysłów i ogromnym talentem.

źródło: Pinterest


Zrobiło się o niej głośno, gdy wzięła udział w piątej edycji "America's Got Talent" i dotarła do ćwierćfinału, w którym to programie została określona hip-hopową skrzypaczką, a jej występy jako elektryzujące. Jednak jurorzy dodali też, że robi zbyt dziwną muzykę, żeby odnieść sukces i kiedykolwiek urządzić koncert dla pełnej hali ludzi. Mimo wszystko, Lindsey dalej robiła to, co kocha aż we wrześniu 2012 roku wydała swój pierwszy album zatytułowany po prostu "Lindsey Stirling". Dwa miesiące później jej singiel Crystallize został ósmym najczęściej odtwarzanym filmikiem w serwisie YouTube, osiągając 80 milionów odsłon. Który to teledysk ogromnie mnie zauroczył magiczną otoczką lodowego królestwa!


Dotychczas wydała jeszcze 2 albumy: "Shatter Me" w kwietniu 2014 i "Brave Enough" w sierpniu ubiegłego roku. Jednak jej dorobek artystyczny to nie jedynie utwory jej kompozycji. Nagrała również swoje aranżacje wielu piosenek, m.in. My Immortal, Hallelujah, Thrift Shop, Radioactive, We Found Love, czy tematów przewodnich filmów, seriali czy gier, takich jak: Into the Woods, Les Miserables, Game of Thrones. Lord of the Rings, Skyrim, Pokemon, Star Wars, Assassin Creed's III, Phantom of the Opera.

Moje ulubione piosenki Lindsey? W przypadku tej konkretnej osoby łączą się z teledyskami. Przede wszystkim wspomniana już Crystallize, ale oprócz tego: >Master Of Tides<, który to teledysk był spontanicznym performancem; >Roundtable Rival< utrzymany w klimacie Dzikiego Zachodu i westernów; >Shatter Me< z wokalnym udziałem Lzzy Hale z zespołu Halestorm; >Moon Trance< z ponurym cmentarnym klimatem; >Prism< z przegenialnymi pięcioma Lindsey; >Love's Just a Feeling< zawierająca przepiękną i niezwykle wzruszającą historię miłosną i na pewno jeszcze kilka innych, o których w tym momencie zapomniałam wspomnieć.

Powiedziałabym, że Lindsey jest niezwykle plastyczną osobą. Totalnie pasuje do każdej roli, jaką odgrywa w teledyskach, do każdej jest wprost stworzona. >Właśnie tak< wyobrażałam sobie Bellę z "Pięknej i Bestii"! Jest jej do twarzy w każdym kolorze włosów i w każdej fryzurze, a jej różne oblicza można pooglądać na profilu na Instagramie → @lindseystirling. Ma taką prześliczną, delikatną, eteryczną urodę. 


W pewną sobotnią styczniową noc, pijąc drinki i oglądając jakieś teledyski na YouTubie, zaczęłam coś mówić o występach Lindsey, Karol podłapał, że by się wybrał, więc sprawdziłam trasę i okazało się, że skrzypaczka przyjeżdża na koncert do Tilburga. "Dlaczego jeszcze nie kupiłaś biletów?". Poważnie? No to kupiłam. I do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy uda nam się wybrać, bo mieliśmy wtedy poważne problemy z dogadywaniem się.

Jednak od początku marca było o niebo lepiej i tydzień temu byłam na jej koncercie. Byliśmy, właściwie. Żeby uczcić moją drugą rocznicę pobytu w Holandii. Tak przypadkiem się złożyło. Ładnie się wystroiłam, umalowałam, mało ko na hotelu mnie poznał, wszyscy stwierdzili, że wyglądam totalnie inaczej, ślicznie. "Piękna, czy my się znamy"?. Mogłam i chciałam ładnie wyglądać, bo umówiłam się i miałam wychodne.

Wyobraź sobie, że zostawiasz wszystko na ostatnią chwilę, do Tilburga dojeżdżasz parę minut przed 20, wkurwiasz się, bo nie możesz znaleźć miejsca parkingowego, wkurwiasz się ponownie, bo jak już znalazłeś to jedynie z możliwością opłaty za dobę, czyli 16,50€, marzniesz, bo po co brać ze sobą kurtkę, jesteś zdezorientowany, bo nie widzisz żadnych szyldów ani neonów oznaczających klub, do którego zmierzasz, jesteś przygnębiony, bo jedynie dostępne miejsca są przy otwartych drzwiach na korytarzu, gdy wszyscy wokół są co najmniej półtorej głowy wyżsi od ciebie, więc nie widzisz totalnie nic. Masz świeczki w oczach od pierwszych dźwięków skrzypiec i ciary na całym ciele, ale masz też wszystkiego serdecznie dość. I wtedy pojawia się pani z obsługi, która chce zamknąć drzwi i mówi, żebyście poszli na balkon, bo tu już nie ma miejsc. To był najpiękniejszy przypadek ever. Stałam na tym balkonie, na wprost sceny, widziałam wszystko. O ile można widzieć wszystko, gdy przez całe 100 minut występu ma się tak załzawione oczy. Ze szczęścia, ze wzruszenia, z nadmiaru pozytywnych emocji, ale też i różnych myśli. Gapiłam się, nagrywałam fragmenty piosenek, robiłam zdjęcia, pożerałam wzrokiem całe to widowisko. Bo to nie był zwykły koncert. To było najpiękniejsze na świecie widowisko. W deszczu szliśmy na poszukiwania grafitowej beemki, wróciliśmy nawet przez 23, pożarłam więcej niż pół dużej porcji kapsalona, wypiliśmy prawie całą litrową butelkę Smirnoffa, położyliśmy się spać przed 3, a gdy budzik zadzwonił o 6, oboje wkurwialiśmy się, że trzeba był wziąć sobie wolną sobotę, gdy moja ulubiona maszynistka dzień wcześniej chodziła i się pytała, kto chce dzień wolny.


I to by było na tyle, choć ostatnio o Lindsey mogę gadać i pisać godzinami, ale i tak nic to nie da, bo to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy, usłyszeć i poczuć gdzieś w sobie. ♥