piątek, 5 kwietnia 2013

Profesor magistrowi nierówny

Na moim wydziale miałam już do czynienia z co najmniej połową urzędujących tu pracowników z kadry naukowej, o kolejnej ćwierci słyszałam od znajomych z innych grup, kierunków, roczników. Każdy był inny w tym, co robił, większość była na tyle przeciętna, że nie warto o nich wspominać, ale niektóre przypadki są godne przytoczenia, gdyż... zaskakują. Przynajmniej mnie.

Pani magister R, młoda, miła kobieta. Na ćwiczeniach, chodząc do tablicy i rozwiązując zadania z rachunkowości nikt nic nie wiedział ani nie umiał, ona wszystko dyktowała i było "ślicznie, pięknie, widzę, że będą same piąteczki z kolokwium". Niestety, na kolokwium pojawiły się zadania, których nigdy nie widzieliśmy na oczy, o wyższym stopniu zaawansowania niż powinny być. Jak można się domyślić, nie było żadnej piąteczki, zdarzyło się kilka czwórek, ale wyczynem już było samo zaliczenie tego przedmiotu.

Kolejnym drastycznym zapamiętanym przykładem była pani doktor K od słynnego przedmiotu, zwanego międzynarodowymi stosunkami gospodarczymi. Na egzaminie miały się pojawić pytania opisowe oraz testowe. Te drugie można było rozwiązać z polecaną przez panią doktor książką, ściśle mówiąc - książką przez nią napisaną, pod warunkiem, że egzemplarz nie był skserowany, a zakupiony. Oczywiście, mimo to i tak mnóstwo osób nie zaliczyło przedmiotu ani w pierwszym terminie, ani podczas pierwszej, ani drugiej poprawki.
Kontynuację tego przedmiotu mieliśmy z panią profesor M. Na egzaminie nie wystarczyło napisać krótkich i treściwych odpowiedzi na zadane pytania opisowe. Prace były uznawane bądź nie na podstawie ilości zapisanych stron. Za napisane z sensem 3 strony dostawało się ocenę niedostateczną, natomiast gdy ktoś miał co najmniej 5 stron (lanie wody, powtarzanie tych samych informacji w inaczej skonstruowanych zdaniach itp.) spokojnie można było dostać 3+ do indeksu. Ciekawe były jeszcze wymagania pani profesor co do ilości osób przystępujących do egzaminu. Pan magister od ćwiczeń został poinstruowany, że zaliczenie może dać tylko 120 osobom (na roku było nas wtedy około 200 osób). I tak też się stało. O tym, że egzaminu w pierwszym terminie nie zaliczyło 20 osób, czyli z co najmniej trojką w indeksie wyszło równe 100 osób nie muszę wspominać, prawda?

Miałam również nieprzyjemność mieć wykłady z doktor WM. Przedmiot sam w sobie nie był trudny, ale w dalszym ciągu nie wiem, na jakiej zasadzie otrzymywało się zaliczenie, skoro mi udało się to dopiero za trzecim razem, mimo że na każde podejście umiałam. Być może za mało - jestem w stanie to zrozumieć. Ale gdy parę osób chciało zobaczyć swoje prace, przerażona doktor WM krzyczała, że dlaczego jej nie wierzymy i że nie ma żadnej możliwości obejrzenia tych egzaminów. No to hej, ale musiało być coś nie halo.

W ubiegłym semestrze, już na studiach drugiego stopnia, miałam zajęcia z magistrem G, który za wszelką cenę chciał nam udowodnić, że nie mamy zielonego pojęcia o mikroekonomii. Oprócz 700-stronicowej książki, którą mieliśmy przeczytać i opanować w przeciągu połowy semestru, dorzucał nam artykuły o bieżących wydarzeniach gospodarczych, robił wejściówki na każdych zajęciach, zadał nam dodatkowo - już nie tak bardzo naukową, ale wciąż ekonomiczną książkę. Do tego - żeby mieć zaliczenie z przedmiotu było wymagane kilka punktów z aktywności zdobytych na zajęciach, zadawane były również obowiązkowe prace domowe do odesłania przed kolejnymi zajęciami i do tego gwóźdź programu - ustne kolokwium.
Za to profesor M, z którym mieliśmy wykłady z tego samego przedmiotu dał nam skrypt i powiedział, żeby go sobie uzupełnić o niektóre dodatkowe informacje, o których on będzie opowiadał na zajęciach. Egzamin na czwórkę dało się spokojnie zaliczyć bez żadnych dodatkowych zapisków, nawet bez żadnego większego przygotowania.

Kolejny przedmiot, który powtórzył mi się ze studiów licencjackich to rynek pracy. Na dodatek z tymi samymi: magistrem i doktorem. Ten pierwszy, jak przystało na młodego i ambitnego, zapowiedział, że będziemy omawiać całkiem inne zagadnienia niż trzy semestry temu, referaty też będą na całkowicie inny temat i że nie przewiduje żadnych zwolnień z egzaminu.
Doktor Z, który wyglądem i zachowaniem przypomina mi słynnego polityka (tak, pana Janusza P...), gdy tylko weszliśmy na pierwszy wykład, zapowiedział, żeby zrobić listę, kto chce mieć przepisaną ocenę z poprzedniego stopnia studiów, bo on nie zamierza omawiać niczego nowego, więc po co mamy znowu uczyć się tego samego.

Mogę jeszcze wspomnieć o nie do końca ogarniętym profesorze W, byłym dziekanie, który na egzaminie (test wielokrotnego wyboru) powiedział, że jest 30 pytań, więc można zaznaczyć tylko te odpowiedzi, których jest się pewnym, żeby według nas wystarczyło na zaliczenie, a przy sprawdzaniu testów musiał znacznie obniżyć punktację, bo okazało się, że pytań jest jednak czterdzieści kilka (kto uważny to pomyślał i policzył podczas egzaminu), więc 15 na zaliczenie pierwotnej wersji nie da oceny pozytywnej po wtórnym zliczeniu pytań. Na zakończenie jeszcze jeden kultowy przypadek - doktor E, która dała nam egzaminy z innego przedmiotu niż ten, który mieliśmy, a zauważyła to dopiero wtedy, gdy zaczęła je sprawdzać.

To jest moja uczelnia, tego nie ogarniesz, eh. Jeśli ktoś dotrwał do końca, to podziwiam. Obszerność tego posta mi akurat nie przeszkadza, bo mam z tym do czynienia na co dzień. Jeśli ktoś nie doczyta, to wyjątkowo wybaczam ;-)

60 komentarzy:

  1. Ten ostatni przypadek to po prostu ... Padłam, serio.
    Mam tylko nadzieję, że ja na aż tak dziwnych i idiotycznych wykładowców nie trafię. Już zaczynam się modlić ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to jest, jak się ma kilka przedmiotów z różnymi kierunkami naraz. Ale tyle dobrego, że to te przedmioty były w miarę podobne, choć my powinniśmy mieć dużo mniej informacji i szczegółów.
      To już Ci życzę, żebyś nie miała przyjemności spotkać takich dziwnych ludzi :D

      Usuń
  2. Sprawiedliwości niestety nie ma, wie to uczeń każdej szkoły ponadgimnazjalnej, nie mniej zdecydowanie na studiach jest ona najbardziej widoczna. Na całe moje szczęście i jednocześnie nie zapeszając, podczas studiowania nie spotkałam się z tak ekstremalnymi przypadkami jak te opisane przez Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może taką uczelnię sobie wybrałam, ale z tego, co opowiadają mi znajomi u niech też wcale nie jest idealnie.

      Usuń
  3. Zupełnie nie wiem, co powiedzieć, ponieważ studia jeszcze przede mną, znam jednak paru profesorów i doktorów, z którymi pracuje mój brat, zawsze uważałam ich za bardzo interesujących ludzi, pełnych pasji i sprawiedliwych, ludzie też na nich nie narzekają, ale to filologowie polscy i tym podobni. Całkiem inna działka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również mam na wydziale wspaniałych profesorów, którzy się interesują tym, o czym mówią, są mili, sympatyczni i uroczy, ale... drażnią mnie takie i niesprawiedliwe, i po prostu wredne przypadki. Niewykluczone, że jeszcze kiedyś napiszę o tych "lepszych" :)

      Usuń
    2. Nic dziwnego. Ja sama w mojej szkole już nie mogę wytrzymać tych milusich nauczycieli, którzy oceniają uczniów według lubię/nie lubię. :) Mam nadzieję, miło czasem poczytać o czymś miłym :D

      Usuń
    3. Na studiach mam chyba mniej przypadków, w których ocenia się na zasadzie "lubię/nie lubię", ale nadal zdarzają się takie jednostki.
      Mam nadzieję, że nie miałaś na myśli tego, że cały czas tu narzekam? :D

      Usuń
    4. Nieno, skądże :D. Nie zwróciłam uwagi jeszcze na Twoje narzekanie, więc chyba nie jest źle. Przynajmniej coś. To jest coś, takie ocenianie lubię, nie lubię, jest dla mnie najgorsze.

      Usuń
    5. To dobrze :P
      Ale gdzie by nie szukać, to na pewno nie wszyscy umieją ocenić coś/kogoś całkiem obiektywnie, więc muszą bazować na czymś innym i niestety często kończy się właśnie tym, o czym rozmawiamy.

      Usuń
    6. Niestety. W takich sytuacjach, mam wrażenie, że nie powinni oceniać :P

      Usuń
    7. Ale jakieś oceny muszą być wystawione. Zresztą, przecież oni nie przyznają się od razu, że wystawili komuś taką ocenę tylko dlatego, że kogoś lubią ;D

      Usuń
    8. U niektórych nauczycieli to widać. Moja polonistka jest na to idealnym przykładem. Niestety.

      Usuń
    9. Samo to, że my możemy to zauważyć, niestety nie jest jednoznaczne z tym, ze nauczyciel się do tego otwarcie przyzna.

      Usuń
    10. Nie kryje się z tym. I to jest najbardziej wkurzające. :)

      Usuń
    11. No to chyba, że jest tak, jak mówisz. Ja się jeszcze nie spotkałam z taką sytuacją, gdy ktoś otwarcie mówi o takich rzeczach :D

      Usuń
    12. Obyś nigdy nie spotkała :)

      Usuń
    13. Chciałabym, żeby tak było ;)

      Usuń
  4. doktory profesory magistry - jedno mądrzejsze od drugiego a studenci to dno hierarchii

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I w niektórych przypadkach nawet studenci-pupilki nie mają szansa. (Nie to, żebym była jednym z takich, ale taka prawda.)

      Usuń
    2. no aż dziwi mnie to czasami. mam takiego jednego w grupie uwielbianego przez wszystkich wykładowców. czasem miło popatrzeć jak nie dostaje forów!

      Usuń
    3. Tfu, "szans" oczywiście w poprzednim moim komentarzu. ;))

      Też mam parę takich osób, ale na szczęście nie w grupie, bo bym chyba wtedy psychicznie nie wytrzymała. Chociaż, czasem chodziłam do tamtej grupy na zajęcia, bo mi bardziej pasowało i w sumie nie było źle, bo pupilki zawsze zgłaszały się do odpowiedzi czy do robienia zadań przy tablicy, więc przynajmniej nie było takiej niezręcznej ciszy.

      Usuń
  5. Chryste Panie, ale zamieszanie! I pomyśleć, że ja narzekam na swoich nauczycieli. Z tego wszystkiego to najbardziej polubiłam pana Doktora Z, jedyny logicznie myśli. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to i tak jeszcze nie wszystko, co mi się nazbierało w ciągu tych prawie czterech lat, ale nie chciałam już katować czytelników taką ilością wyrazów, bo i tak napisałam aż za dużo.
      Dr Z jest w ogóle prześwietny ;DD Chociaż on też niekoniecznie miło ocenił nam egzaminy, ale już mniejsza o to.

      Usuń
  6. Miałam w zeszłym semestrze historię wojen i tego przedmiotu także sporo osób nie zaliczyło, bo pytania były z kosmosu. A wykładowca powiedział, że jego przedmiot będzie lekkim i miłym odcięciem od reszty przedmiotów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam teraz historię myśli ekonomicznej i jak na razie jest podobnie jak w Twoim przypadku. Niby pan doktor mówi, że przedmiot jest bardzo przyjemny i to wcale mnie historia, a pokazuje całkiem co innego. Więc nie wiem, jak może wyglądać egzamin.

      Usuń
  7. Chyba na każdej uczelni tak jest niestety, jak siostra mi opowiada co się u nich dzieje na studiach to masakra. Np. facet, który robi kolokwia czy tam egzaminy z materiału, który się znajduje tylko w książce wydawanej w języku rosyjskim, bo wie, że nikt nie zna tego języka.
    700-stronicowa książka - chyba bym nad nią umarła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno na każdej uczelni można znaleźć takie przypadki, ale z tego, co mówisz to już wolę moich "sprawdzonych" wykładowców niż tego faceta od książki w języku rosyjskim... Z angielskim bym jeszcze podołała, bo już nie raz tak robiłam, ale o rosyjskim nie wiem totalnie nic.

      Usuń
  8. Mi chyba musisz wybaczyć, bo przyznaję, że nie dotarłam ... Ciekawe jak będzie na moich studiach ... W
    ogóle nie ma człowieka, który jest taki sam jak inny... i wszędzie jest to widoczne. Niektórzy wg mnie zajmują niewłaściwe miejsca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic się nie stało. Doskonale zdaję sobie sprawę, że napisałam dość dużo jak na siebie :)
      Najprawdopodobniej nie ma, ale zdarzyło mi się, że kilku wykładowców miało bardzo podobne podejście do studentów, zaliczeń, kolokwiów i takich tam innych.

      Usuń
    2. Podobni bywają ... ja mam wrażenie, że jest pewna reguła/reguły i poszczególne jednostki się do nich stosują .. i wybieraja sobie jacy chcą być :D

      Usuń
    3. Nie zwróciłam na to uwagi, ale być może jest tak, jak mówisz. Zauważyłam za to, że niektórzy aż za bardzo się starają, żeby coś wyszło dokładnie tak, jak sobie zamarzyli, a jak im się nie powiedzie, to nie jest miło dla nas, studentów...

      Usuń
  9. a ja doczytałam! ale aż się boję tym bardziej iść teraz na studia :( mam nadzieję, że nie trafię na takich wykładowców jak Ty, szczególnie na tą panią profesor, która wrzeszczała, kiedy ktoś chciał zobaczyć pracę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że do takich rzeczy można się z czasem przyzwyczaić i teraz niewiele rzeczy może mnie zadziwić.

      Usuń
  10. O wykładowcach można by powieść napisać. Też miałam przejścia z Doktor K., ale od demografii, pani zwana u mnie we wpisach Dochtórką :P To była przeprawa nieporównywalna z żadną inną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj można, można. Jakbym przeanalizowała indeks z nazwiskami albo stare plany to mogłabym napisać i ze cztery razy tyle, bo to napisałam z głowy.
      Kojarzę Dochtórkę :D Ale na szczęście już jesteś po tym epizodzie z jej udziałem.

      Usuń
    2. Takie historie i osoby sprawiają, że odechciewa się studiować - trza mieć samozaparcie graniczące z powołaniem :P

      Usuń
    3. Ale jeśli takich przypadków nie jest wiele, to można to przeżyć. Albo się z czasem przyzwyczaić.

      Usuń
    4. Jeśli chodzi o mnie, przyzwyczaiłam się, bo na mej uczelni też jest mnóstwo ciekawych osobistości :D

      Usuń
    5. U mnie też różnie bywa i jednak naprawdę mało co jest mnie teraz w stanie zadziwić :)

      Usuń
    6. Przynajmniej jest ciekawie ^^

      Usuń
    7. No tak - na nudę nie można narzekać :D

      Usuń
    8. No widzisz, trzeba szukać plusów w każdej sytuacji :D

      Usuń
    9. W tej się jeszcze udało, ale niestety nie we wszystkich jest tak dobrze.

      Usuń
  11. Mnie od października czekają studia. Z jednej strony nie mogę się doczekać, z drugiej nieco obawiam. Ciężko powiedzieć na której uczelni będzie dobrze, a na której do dupy, bo zdania zawsze są podzielone. Mam nadzieję, że trafię na lepszych wykładowców niż Ty, bo inaczej pozabijam wszystkich z moim brakiem cierpliwości ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzadko które rzeczy czy wybory są albo dobre, albo złe. Zawsze mamy jakieś wątpliwości. I każdy może mieć inne zdanie o uczelniach, bo nie da się dogodzić wszystkim naraz. Ale jak się wybierzesz na dany kierunek, na daną uczelnię, to sama zobaczysz, jak to jest :D

      Usuń
    2. Racja, co będzie to będzie, odważnym trzeba być i próbować ;D
      W blondzie mi w sumie najlepiej, miałam kilka kolorów, ale jakoś jasne włosy najbardziej mi się podobają. A co do pogody, to dziś niestety słońca, a w tej chwili przyszła burza ;f

      Usuń
    3. Nie widziałam Cię w innym kolorze włosów, ale i tak mówię, że w blondzie wyglądasz bardzo fajnie. A jak się w nim najlepiej czujesz, to super.

      Usuń
  12. ja aż wyszukałam sobie w internecie o tych obserwatorów i niestety to prawda :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówi się trudno i żyje się dalej.

      Usuń
  13. Takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale niestety mają i nic nie mamy na ten temat do powiedzenia. A w każdym bądź razie - niewiele.

      Usuń
  14. w zasadzie też często piję ją dla smaku, jednak mocniejsza potrafi mnie postawić na nogi. albo to efekt placebo, co w sumie również jest możliwe xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to ja raczej pijam słabą kawę, więc teoretycznie jest szansa, że mocniejsza by u mnie zadziałała, ale jakoś nie mam chęci tego próbować.

      Usuń
  15. Ja byłam też raz, ale "przejazdem", bo ojciec jest kierowcą i zabrał mnie ze sobą, ale nie moge się zbytnio wypowiedzieć o samych miastach, bo większość czasu spędziliśmy w drodze bądź na terenie firmy, więc do dupy. Jak będzie teraz, przekonam się : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, no, ja byłam docelowo :P Tydzień u mojej siostry ciotecznej koło Camridge i 2 dni w Londynie, ale jak dla mnie, to jednak Londyn lepiej wygląda na zdjęciach... Ale nie chcę Cię zniechęcać ani nic, bo najprawdopodobniej będziesz miała inne odczuci.

      Usuń
  16. Wyjątkowo przeczytałam, bo zazwyczaj aż tak długie posty tylko przerzucam wzrokiem :D.
    I największy smaczek pojawił się na samej końcóweczce - doktor E i egzamin z innego przedmiotu :D.
    Tia, ja jestem dopiero na drugim roku, ale też już bym sporo mogła napisać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się też zazwyczaj nie chce czytać takich długich wypocin, ale jednak nie udało mi się tego skompilować w mniejszą objętościowo formę.

      Oj, to była ogarnięta kobieta. Jedynym plusikiem tego egzaminu było to, że "mój" przedmiot i ten drugi różniły się tylko tym, że na "mój" egzamin było tylko 3 razy mniej materiału do wkucia. Dobrze, że chociaż część się powtarzała...

      Usuń