niedziela, 23 czerwca 2013

We had the time of our lives

Wyobraźcie sobie, że wasz ulubiony zespół ogłasza koncert w Polsce. Po ośmiu latach nieobecności w tym kraju. Wyobraźcie sobie, że na nim będziecie. Nie sami, a z innymi ludźmi, którzy też daliby się pokroić za możliwość zobaczenia ich na żywo.

Pamiętam, jak dziś, gdy dokładnie 18go grudnia o godzinie 18:40 czasu polskiego Green Day ogłosił koncert w Łodzi. Siedziałam, płakałam i nie wierzyłam. W przypływie euforii obiecałam koledze, że zdobędę dla niego bilet. Wiecie, jak to jest, jak jesteście tak szczęśliwi, że myślicie, że jesteście w stanie zrobić wszystko? Tylko że na niektóre rzeczy oprócz chęci, trzeba mieć jeszcze pieniądze. Nie wiedziałam, jak uda mi się wytrzymać te pół roku, które wtedy dzieliły mnie od 18go czerwca. Miałam chwilę zwątpienia, kiedy pomimo zarezerwowanych miejsc w busie, pomimo posiadania biletu, nie chciało mi się jednak jechać. Najlepszym rozwiązaniem byłoby wtedy oddanie biletu właśnie temu koledze, który zasługiwał na niego bardziej niż ja, ale wiedziałam, że nie przyjmie ode mnie tak wartościowej rzeczy, ot tak. Ale wiecie co? Po raz kolejny przekonałam się, że Eska Rock spełnia marzenia. Kiedy odebrałam telefon od Radka, który mi powiedział, że ma dla mnie dwa bilety na koncert, mało się nie popłakałam na antenie ze szczęścia. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile radości sprawia mi spełnianie (tych mniejszych i większych) marzeń innych osób.

Od koncertu minęło kilka dni. Dalej nie wierzę, że to się wydarzyło naprawdę. Stałyśmy nie dalej niż jakieś 10 metrów od sceny. Widziałyśmy wszystko i jeszcze więcej. Śpiewałyśmy wszystkie piosenki, wyskakałyśmy się za wszystkie czasy. [Dzisiaj dalej nie mówię swoim normalnym głosem; mięśnie w nogach też mocno dawały o sobie znać]. M., którą trzymałam za rękę przez połowę koncertu. "Boulevard Of Broken Dreams" zaśpiewane przez publiczność, której BJ nawet nie chciał przeszkadzać, a później padł przed nami na kolana i powiedział, że nas kocha. Filip, który został zaproszony na scenę przez BJa do zaśpiewania i zagrania z nim "Longview". Czy magiczne "Brutal Love" na zakończenie – te oświetlone trybuny i dalsza część płyty [2:59]. Przestało mi już brakować "Good Riddance', które byłoby jeszcze lepszym zakończeniem koncertu, ale i tak we had the time of our lives.


PS Nie złapałam żadnej kostki ani pałeczki, ani innych drobnostek ze sceny. Nie mam zdjęć z chłopakami, a mimo to nie jestem zła ani smutna.
PPS Idę dalej nie wierzyć, ale jeśli ktoś ma ochotę na przeczytanie czegoś jeszcze, to ta recenzja jest przepiękna: "Green Day przywracają punk do życia".

72 komentarze:

  1. Tak Ci zazdroszczę! Nie GD, ale tego, że mogłaś zobaczyć i usłyszeć swoich ulubieńców na żywo... Takiego uczucia z pewnością nie da się z niczym porównać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie da się z czymś to porównać, ale nie doświadczyłam tego innego czegoś.

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że i ja tego doświadczę kiedyś. ;)

      Usuń
    3. Tego Ci życzę z całego serca! :)

      Usuń
  2. Zgadzam się z przedmówczynią :) Takie uczucie... Marzę o czymś takim! I ten konkurs z biletami... Po prostu nie było siły, byś się nie pojawiła na koncercie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam skłonna nawet opuścić jakiś egzamin, jeśli te wydarzenia pokryłyby się terminem, ale nic takiego nie musiałam robić ;D

      Usuń
    2. No i nawet egzaminy Ci na rękę poszły! :P

      Usuń
    3. Można tak w sumie powiedzieć :D

      Usuń
    4. Szczęściara po prostu :D

      Usuń
    5. Oj, nie mów mi tak XD

      Usuń
  3. kurde, fajnie :D emocje pewnie nieziemskie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Przez Ciebie mam ochotę płakać, że się nie wybrałam z dobrym kumplem. Zanim się zorientowałam to bilety zostały wykupione, a kumplowi nie pasowało, bo miał wykupione już wcześniej wakacje i nie zdążyłby wrócić na samolot, nawet choćby chciał. :(
    Ale cieszę się, że bawiłaś się świetnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze 3 dni przed koncertem były dostępne bilety. Wiem, bo sprawdzałam. Koleżanka patrzyła dzień przed koncertem i mówiła, że zostały tylko te dla niepełnosprawnych, ale wcześniej cały czas były :C

      Usuń
  5. Bardzo lubię GD, ale nie aż tak, żeby jechać na ich koncert ^^ Ale wiem jakie to niesamowite uczucie być na koncercie ulubionego zespołu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, bo też mam takie zespoły, których lubię słuchać, ale na ich koncert jakoś mnie nie ciągnie.

      Usuń
  6. Dlatego łażę uparcie na każdy kolejny koncert happysadu, bo to jest piękne, że oni są, ja mogę ich widzieć.. Emocje nie do opisania :) A 'Boulevard of Broken Dreams' uwielbiam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z polskimi zespołami to ciut inna sprawa, bo jednak mimo wszystko praktycznie non stop są w trasie po Polsce, you know. Ale jeśli happysad to Twój najulubieńszy zespół i nie ma lepszego, to okej :D

      Usuń
    2. Niby tak, ale czasem się zdarza, że umiejętnie omijają Twoje miasto i musisz się wyczekać, zanim ich ujrzysz na własne oczy :D Tak czy siak, muzyka to piękna sprawa :D

      Usuń
    3. Ej, powiem Ci, że Green Day dzielnie omijał nasz kraj od 2005 roku, mimo że nawet kilka razy w roku grali we wszelkich możliwych krajach sąsiadujących z Polską! Chyba tylko z wyjątkiem Rosji czy Ukrainy, no ale...

      Usuń
    4. To się dopiero nazywa chamstwo w państwie :D

      Usuń
    5. Niestety :C Ale na szczęście większość zespołów po koncercie w Polsce docenia naszą publiczność i po raz kolejny wracają szybciej. Chyba że bilety na koncert słabo się sprzedawały, to inna sprawa, bo wtedy agencje niechętnie chcą się angażować w organizację kolejnego takiego wydarzenia...

      Usuń
    6. Jak byłam na Coldplay'u to aż się ze stadionu wyjść nie chciało, tak było genialnie, chociaż jakoś na ich punkcie nie szalałam, to mnie po prostu zaczarowali :)

      Usuń
    7. Oglądałam filmiki z Coldplay'a i mnie też zaczarowali, mimo że jakoś na ogół ich muzyka mi nie podchodzi. Z wyjątkiem kilku piosenek.

      Usuń
  7. Jezu, czytałam ten post ze łzami w oczach. Koncertu zazdroszczę. No i przede wszystkim szczęścia, bo żeby wygrać bilety w radiu i to w takim momencie, to trzeba mieć naprawdę niezłego farta!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja go pisałam ze łzami w oczach :') Oj tam, z tym szczęściem w radiu, to bym nie powiedziała, bo tak już mam. Aczkolwiek... Przydało się do spełnienia tej głupiej obietnicy.

      Usuń
    2. "BO TAK JUŻ MAM" - no nie no, trochę mogłabyś pożyczyć tego "czegoś" co tam masz, w takim razie. :D

      Usuń
    3. Właśnie wydaje mi się, że to już nie zależy od szczęścia, może od przyzwyczajenia, bo jak odbieram telefon, to słyszę uśmiechnięty głos DJa, który mówi "Cześć Magda", a niektórzy z nich śmieją się ze mnie, mówiąc: "To znowu Ty?" :') Albo po prostu umiem pisać chwytliwe smsy?

      Usuń
    4. Pewnie tak! I wcaaaaaale nie wyważę drzwi twojego telefonu, żeby dowiedzieć się, jakie smsy wysyłasz. W ogóle. Skąd.

      Usuń
    5. Normalne! :D Trzeba po prostu rozpracować, na co "leci", który prowadzący audycję i próbować.

      Usuń
  8. Pięknie to się czytało. Świetnie się czyta o takich momentach i wydarzeniach, które dla kogoś są tak bardzo ważne. Zazdroszczę. Nie samego koncertu, ale tego uczucia. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Miałaś wielkie szczęście być na koncercie ulubionego zespołu i jeszcze wygrać bilety, marzenia często spełniają się:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spełniają się, tylko czasem trzeba im trochę dopomóc.

      Usuń
  10. kurczę, a ja nawet nie wiedziałam, że oni grają w Polsce... jakoś chyba trochę wyrosłam już z koncertów ;)
    ale bardzo miło się czytało o tym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OMG. Jak mogłaś nie wiedzieć?! Powiem Ci, że ostatnio też jakoś tracę ochotę na koncerty, ale nie na wszystkie.

      Usuń
    2. a no widzisz, ja od początku tego roku mam jakieś takie zawirowania w życiu co chwila, że takie rzeczy mi umykają strasznie. uwierzysz, że przegapiłam fakt, ze Hey wydał nową płytę i dowiedziałam się miesiąc później?

      Usuń
    3. Uwierzę, bo pisałaś mi już o tym kiedyś ;DD

      Usuń
    4. no właśnie, to masz kolejny dowód na moje nieogarnięcie ostatnimi czasy - już przestaję panować nad tym, co gdzie, kiedy i komu mówię :D

      Usuń
    5. Z tym: co, komu, gdzie, kiedy mówiłam, to akurat i ja mam problem, i to nie od dziś XD

      Usuń
  11. Wiem dokładnie, co musialas wtedy czuć, gdy dowiedziałas się, że będą grać. Ja miałam dokładnie tak samo z queens of the słone age, tylko trochę wcześniej, bo 21 listopada 2012, kiedy to miał miejsce przeciek, że wystąpią na openerze. Zawsze powtarzałam, że nie ma na świecie drugiego zespołu, który tworzylby tak bardzo dla mnie jak queensi. Znam na pamięć każda ich piosenkę, a jeszcze wtedy w listopadzie miałam na nich ogromna fazę. Potem przeżyłam dwa dni wielkiego stresu, czy przeciek zostanie potwierdzony oficjalnie na stronie openera... i udało się! 23 listopada byłam przez moment najszczęśliwszy osoba na świecie. Od tamtej pory odliczam dni, a zostało ich juz tylko 10! Pomyśleć, że zaczynałam od ponad 200... przez cały czas matur myśl o dniu 5 lipca była jedyną rzeczą, jjaką trzymała mnie przy życiu.
    Mam takie szczęście, że mój tata jest niespelnionym rockmanem, a muzyka i koncerty są jego największą pasją. Dlatego nigdy nie ma problemu z biletami na koncert, nawet na drugim końcu Polski, albo poza jej granicami.

    Moja przyjaciółka była na Green Dayu i chociaż nie jest jakąś szalona fanka zespołu, mówiła, że to jeden z najlepszych koncertów, na jakich była, a chodzi na wszystkie te co ja, wobec trochę sporo. Bardzo ważny jest kontakt z publicznością, którego tak bardzo brakuje u zburaczalych Red Hot Chili Peppers, a który zawsze tak bardzo chwaliłam u Metalliki, która miałam przyjemnosc oglądać 3 razy. Podobno BJ jest w tym mistrzem. Słyszałam, że oddał typowi swoją własną gitarę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja odliczałam od 6 miesięcy, tak na poważnie od 100 dni do koncertu. Myślałam, że się nie doczekam, a tymczasem ani się nie obejrzałam, a był już maj i czerwiec. I do koncertu zostały dni. Zazdroszczę Ci trochę taty :)

      Ja akurat kocham Green Day'a całym sercem i nawet bez takiego kontaktu z publicznością ten koncert na pewno by mi się podobał. Z gitarą najprawdziwsza prawda, ale on tak robi na większości koncertów. Tylko że ten chłopak dostał inną niż ta, którą ktoś tam mu przyniósł na scenę. Wiem, bo widziałam zdjęcie :') Ale w 99% jest to jedna z gitar BJa. Oj tam, od razu RHCP są zburaczali. Może im się po prostu nie chce aż tak angażować. A szkoda.

      Usuń
  12. Mnie niestety żadne koncerty nie pociagają :D jestem aspołeczna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na ogół ja też jestem taka aspołeczna i wolę posiedzieć w domu niż spotykać się z ludźmi. Ale nie zawsze i nie we wszystkich przypadkach.

      Usuń
    2. Od wszystkiego są jakieś wyjątki : nawet u mnie one się zdarzają :D

      Usuń
    3. Zdaję sobie z tego sprawę :)

      Usuń
  13. Taki koncert to jest chwila w innym świecie. Dla fanki takiej jak Ty, to musiałby raj na ziemi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jak jedna z ich piosenek - "Welcome To Paradise" :D

      Usuń
  14. Czytałam ten opis i przeniosłam się w tamten świat na ten koncert ^^ Niesamowicie piszesz !

    taka-se-nazwa.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo miło mi to słyszeć/czytać :)

      Usuń
  15. No nie mogę. :D Gdy usłyszałam o koncercie, to przez chwilę przez myśl mi przeszło, że mogłabym tam być. Ale ostatecznie stwierdziłam, że takie rzeczy to nie dla mnie. A teraz, okazuje się, że chyba wszyscy na nim byli i świetnie się bawili. :) Odpuścić sobie coś takiego, to prawie jak przegrać życie. Ahh, zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi od paru lat taka myśl chodziła po głowie i się w końcu udało ;) A co do tego "wszyscy?", to nie "wszyscy", tylko jakieś 15 tysięcy ludzi, którzy zmieścili się w Atlas Arenie! ;P

      Usuń
  16. Widziałam relację z tego koncertu - coś niesamowitego. Pamiętam gdy dobrych kilka lat temu - gdy byłam jeszcze szczeniakiem zaczynającym słuchać muzyki tak na poważnie, z sensem, z uczuciami i radością ze słuchania "wtedy w radiu panowało Ich Troje itd" usłyszałam pierwszy utwór GD i tak już ostało aż po dzisiejszy dzień !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam podobnie i GD to też mój pierwszy taki "poważniejszy" zespół :)

      Usuń
  17. Jej, jak cudownie! I jeszcze wygrane bilety. Masz szczęście :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że nie mam szczęścia tam, gdzie go faktycznie potrzebuję, ale, no... nie można mieć wszystkiego, więc już nic nie mówię ;)

      Usuń
  18. Wiem, co czujesz, bo ja jestem przed moim wielkim wydarzeniem jako fana arctic monkeys - ich koncert na Openerze już 4 lipca. I jak dowiedziałam się, ze grają w Polsce, to miałam ochotę skakać z tej radości, bo niestety w 2009 roku, kiedy byli u nas ostatni raz jeszcze o nich nie słyszałam. Zapraszam do siebie na: http://bykoralik.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak teraz z ekscytacją? AM już za 3 dni, tak? :D

      Usuń
  19. fajny blog, zapraszam do siebie i zachecam do obserwowania:))

    OdpowiedzUsuń
  20. Czytać o spełnieniu takiego marzenia to już ciarki przechodzą :) Też od dwóch lat marze wyjechać na wielką imprezę, jaką jest Tomorrowland, lub bardziej nieosiągalną - w Miami - Ultra Music Festival. To kilkudniowa wielka, ogólnoświatowa impreza na której są najwyśmienitsi artyści klubowej sceny muzycznej. Niestety, nigdy pewnie nie będę miała odwagi by jechać tam sama, a żaden z moich znajomych by wyrzucić tyle kasy na tą imprezę... :(
    W tamtym roku UMF było organizowane w Polsce. Niestety, organizatorzy w Polsce nie wywiązali się z umowy i UMF się nie odbyło. Żenada...
    Pozdrawiam i zapraszam,
    anelise.blog4u.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Tomorrowland już kiedyś słyszałam, o UMF niestety nie. I powiem Ci, że gdybym miała patrzeć na to, że nikt ze znajomych nie pojedzie ze mną na jakiś koncert, to nigdzie bym do tej pory się nie wybrała. Nawiązuję znajomości w internecie i najczęściej umawiam się z ludźmi na miejscu. Chociaż wiem, że jednak Belgia, czy USA to nie to samo, co Łódź czy Warszawa...

      Usuń
    2. To prawda, ale i tak zazdroszczę odwagi, że nie boisz się w odległym miejscu w Polsce umawiać się przez internet z obcymi osobami :) Nie przytrafiło Ci się nigdy w związku z tym coś niemiłego? :)
      Oczywiście Ci tego nie życzę, po prostu jestem ciekawa jak to wygląda :)

      Usuń
    3. Nie przytrafiło, bo nie umawiam się z takimi osobami od razu, gdy tylko się na nich natknę. Najpierw muszę się z nimi odpowiednio nagadać w Internecie przed spotkaniem :)

      Usuń
    4. Tylko właśnie że w internecie łatwo się podszyć pod kogoś innego :P Ale chyba zainspirowałaś mnie do tego by poszukać sobie nowych znajomych przez neta. Bo niestety moi obecni nawalili po całości ;)

      Usuń
    5. Zdaję sobie z tego sprawę, ale jak się utrzymuje z kimś dłuższy kontakt przez Internet (nie taki tylko chwilowy), to jednak ciężko długo się tak podszywać pod kogokolwiek. Jeszcze nie zdarzyła mi się taka sytuacja, że ktoś kogoś udawał ;)

      Usuń
  21. Jej, też chciałam być na tym koncercie. Razem z Natką próbowałyśmy bezskutecznie zdobyć bilety. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozostaje mi tylko życzyć powodzenia przy następnej próbie wygrywania :)

      Usuń
  22. No nie, moja droga koleżanko, wchodzę tu kolejny post i co ja mam czytać?! :D Do roboty! A ja póki co trwam w pokoncertowej depresji. Zapraszam do siebie na www.bykoralik.blog.onet.pl na najnowszy post, po Open'erowy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak będę miała ochotę, to coś napiszę. Jeśli nie, to nikt mnie do tego nie zmusi :)

      Usuń
  23. Wow, nie bardzo znam muzykę Green Day, ale taki koncert to jest coś! Ciary czytając to. Zazdroszczę! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogłaś sobie wyobrazić swój ulubiony zespół i czytać o nim zamiast o GD :D

      Usuń