niedziela, 12 października 2014

[Recenzja książki i filmu] To tylko nasza, nie gwiazd naszych wina

– powiedział Kasjusz do Brutusa w dramacie Williama Szekspira "Juliusz Cezar", a John Green wykorzystał to jako wyrwany z kontekstu tytuł dla swojej najnowszej książki. Która właściwie nie jest taka najnowsza, bo wydano ją w styczniu 2012 roku, ale wiecie... niech będzie – ostatniej książki.

źródło: Tumblr
Z Johnem Greenem zetknęłam się po raz pierwszy na Twitterze, gdy wspomniała o nim znajoma. Że jest on amerykańskim autorem książek dla młodzieży, niezwykle chwytających za serce. Wszyscy go tam znają, zachwycają się nim, przeklinają za zakończenia książek, ale mimo to go wielbią i kochają. Autor zdobył tak wielką popularność chyba dzięki Gwiazd naszych wina, kiedy to ta pozycja w styczniu 2012 roku zadebiutowała na szczycie bestsellerów New York Timesa. A, żeby było śmieszniej jest to jego ostatnia wydana, jak do tej pory powieść. Stwierdziłam, że czemu mam się nie przekonać na własnej skórze, o co chodzi i sięgnęłam po jego dzieła w oryginale. Był kwiecień roku 2013. Na pierwszy rzut poszła Gwiazd naszych wina (ang. The Fault In Our Stars; 2012), później Papierowe miasta (ang. Paper Towns; 2008), Szukając Alaski (ang. Looking for Alaska; 2005) i 19 razy Katherine (ang. An Abundance of Katherines; 2006). Jest również Will Grayson, Will Grayson (2010), ale jeszcze nie miałam przyjemności jej czytać...

źródło: Tumblr

"Na tym świecie jest tylko jedna rzecz okropniejsza niż umieranie na raka w wieku szesnastu lat, a jest nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera" – mówi Hazel Grace Lancaster, bohaterka książki Gwiazd naszych wina, gdy jej matka twierdzi, że Hazel oprócz raka tarczycy z przerzutami na płuca, ma także depresję. W ten oto sposób młoda bohaterka została zmuszona do uczęszczania na spotkania z młodzieżą jej podobną. Tam poznaje Augustusa Watersa, chłopaka, który pokonał chorobę (pomimo amputacji nogi), a oprócz tego jest inteligentny, lekko przemądrzały, pewny siebie i zainteresowany dziewczyną. Łączy ich specyficzna więź, która jest podtrzymywana również dzięki temu, co ich różni od społeczeństwa. Oboje czują się inni, wyobcowali i często drwią z pozostałych, zwykłych ludzi. Hazel nie chodzi do szkoły, uczy się w domu, nie ma przyjaciół, bo jak później tłumaczy rodzicom: "jestem jak granat, który w pewnej chwili wybuchnie, więc chcę zminimalizować ofiary, rozumiesz? (...)  Chcę trzymać się z dala od ludzi, czytać książki, rozmyślać i spędzać czas z wami, ponieważ i tak nie mogę zrobić nic, żeby was nie zranić. (...) Nie mam depresji. Nie muszę nigdzie wychodzić. I nie mogę być typową nastolatką, ponieważ jestem granatem". Ale Hazel ma jednak coś na kształt przyjaciela, coś z czym jest nierozłączna, coś, co traktuje jak swego rodzaju biblię, a jest tym fikcyjna książka Cios udręki autorstwa Petera von Houtena, opowiadająca historię Anny chorej na raka. Książka jednak kończy się w pół słowa i nie wiadomo, co się dalej dzieje z główną bohaterką. Hazel do tego stopnia jest tego zaintrygowana historią, że pisze listy i maile do von Houtena, jednak wszystkie pozostają bez odpowiedzi.

Hazel w pewnym momencie czyta pierwsze zdanie Ciosu udręki, które brzmi: "to nie jest książka o raku, bo książki o raku to lipa". Wydaje mi się, że Gwiazd naszych wina też jest inną tego rodzaju książką. Niby dla młodzieży, ale jednak inna niż wszystkie. Niby o raku, a jednak choroba jest tylko tłem, choć bardzo ważnym, znaczącym i czasem krzyżującym plany. Książka wywołuje wykluczające się emocje. Zrozumiałam, dlaczego Johna Greena jednocześnie się kocha za to, jak pisze, ale również nienawidzi za to, co pisze. A Augustus w pewnym momencie mówi, że "świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń"... I jest jeszcze: "That's the thing about pain, it demends to be felt".

źródło: Filmweb → *
W czerwcu tego roku pojawiła się ekranizacja Gwiazd naszych wina. W rolę Hazel wcieliła się Shailene Woodley (która do tej roli ścięła włosy i przekazała je fundacji wspierającej chorych na raka *strumienie łez*), a Augustusa – Ansel Elgort. Już w pierwszej minucie filmu bohaterka zapewnia: "to nie będzie typowa historia miłosna z happy endem i piosenką Petera Gabriela w tle". Kto czytał książkę albo cokolwiek o niej słyszał, wie, że to najprawdziwsza prawda. Ale wbrew pozorom to nie jest tylko film o raku, o śmiertelnej chorobie, krótkim życiu i umieraniu. Wręcz przeciwnie – choroba jest jedynie tłem, która wiadomo, że nie pomaga przy wykonywaniu niektórych rzeczy, ale w niektórych nawet nie przeszkadza. To nie jest tylko historia miłosna, opowieść o chorobie, a raczej o życiu pomimo jej świadomości, ale też o przyjaźni (Gus i Isaac! ♥), przywiązaniu (Hazel do jej rodziców i rodziców do Hazel) i poświęceniu. Każdy odbierze ją w inny sposób, każdy zwróci szczególną uwagę na inne wątki, ale każde spojrzenie będzie tym dobrym. To nie jest film, na którym wylewa się strumienie łez... Ekhem, no dobra, cofam to, co napisałam. Wylewa się na nim strumienie łez, ale jest naprawdę dużo zabawnych momentów, które trochę te łzy hamują. Do pewnego momentu.

Kim jest Phillip i dlaczego Hazel nie może się od niego oddalić nawet na kilka metrów? Dlaczego paczka papierosów wystarcza Gusowi na kilka(naście) lat? O co chodzi z "Always? Always" i czy ma rację bytu w dzisiejszym świecie? Czy Peter von Houten w końcu odpisał Hazel i dowiedziała się, co z Anną? A może tak naprawdę Anna nie jest postacią wymyśloną przez von Houtena na potrzeby Ciosu udręki, tylko żywą osobą?

źródło: Filmweb


* Czy tylko mi ten dopisek pod tytułem filmu (na plakacie/ulotce) wydaje się tak bardzo nie na miejscu? .____.



***

Ową recenzję, nie-recenzję filmu i książki napisałam jakieś dwa miesiące temu, a kilka dni temu skończyłam oglądać wszystkie do tej pory wyemitowane odcinki w liczbie 10 (kolejne w grudniu), serialu Chasing Life. I... doszłam do wniosku, że Gwiazd naszych wina wcale nie był takim super filmem (i książką), bo Chasing Life bardziej przypadł mi do gustu i od razu skradł moje serce. Może doszłam w końcu do wniosku, że jestem kilka lat za stara na zachwycanie się ckliwymi historyjkami dla młodzieży o nastolatkach (mimo że być może wcale nie fikcyjnych) i bardziej trafi do mnie coś o ludziach w moim wieku... Whatever. Nie będę się silić na recenzję tego serialu, bo połowa sezonu to jeszcze nie pora na pisanie takich rzeczy. Może kiedyś. Na razie mogę powiedzieć tylko jedno słowo – polecam (◠﹏◠✿) I nie pisałabym tego, gdyby nie jedno. Serial skończyłam oglądać w ubiegłą niedzielę i już od dwóch dni zastanawiam się, czy nie obejrzeć go jeszcze raz. To chyba o czymś świadczy, tylko sama nie wiem, o czym. Albo nie chcę wiedzieć ;|

27 komentarzy:

  1. Czuję sie emocjonalnie zdewastowana przez ten film i książkę! Kolezanka mi ją pozyczyla, przeczytalam i sie zakochałam! No za każdym razem ryczę jak bóbr. I nadal twierdzę że to nie tak miało się skończyć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To oglądaj "Chasing Life"! Tam nic się jeszcze nie zdążyło skończyć, bo to dopiero połowa sezonu :)

      Usuń
  2. no niestety kurczę nie znam, i nie wiem co powiedzieć :D wiem za to, że raczej nie zabieram się za oglądanie Gwiazd naszych wina. hah

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytam za bardzo, przeczytam potem, bo widzę że to recenzja, a boję się spoilerów bo skończę tylko powieść Hilla i biorę się za "Gwiazd naszych wina" właśnie, bo już czeka sobie na szpitalnym stoliku:) Lusia już zachwalała, więc potem przeczytam twoją notkę dokładnie i powiem, jak mi się podobało, o!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie lubię czytać recenzji ze spoilerami, więc jak coś piszę, to staram się tego nie robić. Ale wiem, że czasem nieświadomie zdarza się napisać coś, co przez innych zostanie uznane za spoiler, więc... wszystko rozumiem :D

      Usuń
    2. Wiesz, nawet jak nie ma spoilerów to nie lubię się sugerować czymś, a już tyle osób o tej książce pisało swoja drogą, że sugestii mi za dużo XD Dlatego przeczytam sobie potem:)

      Usuń
    3. Aaaa, o taki "rodzaj spoilerów" Ci chodziło... No to niestety na pewno takie się tu znajdą, więc faktycznie lepiej na razie nie czytaj :D

      Usuń
    4. Ale zacząłem już wczoraj w nocy czytać ksiązkę!:)

      Usuń
    5. Może już skończyłeś? Bo długa to ona nie jest ;d

      Usuń
  4. Co prawda obejrzałam tylko film, ale jedno jest pewne, nie poryczałam się tak jak na "Nad życie", chociaż łezka się zakręciła. Niby jest to film poruszający poważną tematykę, ale mimo wszystko jest coś takiego, co sprawia, że nie rak jest głównym tematem, a jedynie drobną przeszkodą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie oglądałam "Nad życie", więc niestety nie mogę porównać, ale do tej pory jedynym filmem, który cały przepłakałam i powtarzam to za każdym razem jest "Siedem dusz"...
      No właśnie :) Dzięki niektórym scenom aż się zapomina, że w zasadzie to miał być taki smutny film.

      Usuń
  5. Długo zbierałam się za "gwiazd naszych wina", boje się sięgać do powieści zbyt reklamowanych przez młodych ludzi. Często się zawodzę. Tutaj jednak byłam zachwycona. Płakałam jak dziecko. Piękne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam takie same obawy, ale czasem sięgam po takie bestsellery i nie żałuję. Tak samo byłam mile zaskoczona, że spodobały mi się pierwsza i druga część trylogii "Igrzysk śmierci", którymi przecież wszyscy się zachwycali.

      Usuń
    2. Igrzyska owszem, są dobrze. Ale np. szeptem, delirium, temat wałkowany już wiele razy wcześniej, idiotycznie wsadzone wątki miłosne.

      Usuń
    3. "Szeptem' akurat bardzo mi się podobała pierwsza część, ale kolejne już mnie nudziły. A po "Delirium" faktycznie spodziewałam się czegoś o wiele lepszego bo, szczerze mówiąc, nie wiedziałam, że to ma być taka młodzieżowa powieść i czekałam na coś bardziej... dorosłego?

      Usuń
  6. wszędzie ta sama pozycja, chyba w końcu muszę przeczytać! ;p
    >> NOWA NOTKA zapraszam na mój blog <<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie poradzę na to, że niektóre bestsellery są naprawdę dobre XD

      Usuń
  7. ciekawi nie bardzo ta pozycja, skończyłam właśnie serie darów anioła więc teraz zabiorę się za to:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ciekawi to warto przeczytać i samemu ocenić :)

      Usuń
  8. Słyszałam o tej książce, już dwie koleżanki polecały. Skoro wyszło, że do trzech razy sztuka, chyba się skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja często spotykam się z tytułem tej książki i filmu, ale po opisie nie miałam jakoś ochoty po nie sięgać. Nie wiem dlaczego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też czasem mam takie sytuacje, że opis mnie nie zachęca do zapoznania się z filmem czy książką i też nie potrafię wytłumaczyć "dlaczego". Widocznie tak po prostu jakoś jest.

      Usuń
  10. Słyszałam sporo i o książce, i o filmie, ale na razie nie mam odwagi, by obejrzeć lub przeczytać, bo pewnie skończy się na wielkim płaczu :D

    OdpowiedzUsuń
  11. widzę wszędzie to "okej? okej." to szlag mnie trafia! :P chyba film obejrzę, żeby się przekonać czym się ludzie zachwycają. niestety na weheartit zespoilerowałam się i znam zakończenie : < aha rzeczywiście piękny gest z tymi włosami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie już to "okay, okay" też denerwuje, bo ile można? .__. Jeeej, nie lubię tak przez przypadek sobie czegoś zaspoilerować... Ale może dzięki temu większą uwagę zwrócisz na to, co się dzieje w filmie/książce niż czekanie na końcówkę, żeby zobaczyć, jak się skończy ;P

      Usuń