Keep your head up, keep your heart strong


Słuchałam tej piosenki jakoś w styczniu. Zapętlałam i bezgranicznie wierzyłam, że będzie dobrze. I nie chcę zapeszać, ale chyba nie jest aż tak źle.

Po tym, jak w Legnicy, czyli po ponad 500km od początku podróży, w końcu udało nam się zapiąć odpowiednie pasy. Po tym, jak zapinanie bocznych, podwójnych pasów opanowałam do perfekcji, bo ziomki z tyłu co pół godziny czy godzinę prosili o postój, żeby móc zapalić z kierowcą. Po tym, jak po szesnastogodzinnej podróży dokładnie w poniedziałek, 16-go marca o godzinie 6:24 stanęłam na holenderskiej ziemi. Po tym, jak kwadrans czekałyśmy, aż ktoś wpuści nas do mieszkania. Po tym, gdy okazało się, że mieszkamy z 50-letnim mężczyzną. Albo on mieszka z nami. Po tym, jak okazało się, że całe biuro ma nas w głębokim poważaniu i cały dzień musiałyśmy czekać w zimnym, nieogrzewanym mieszkaniu (12°C!) na Dutchmana. Po tym, jak odkryłyśmy, że po drugiej stronie ulicy znajduje się kościół, który co 15 minut gra jakąś melodyjkę. 24 godziny na dobę. Co daje nam 96 dzwonień i muzyczek na dobę. Po tym, jak stałyśmy śpiące przy tym kościele, grzejąc się na słoneczku, bo na dworze było cieplej niż w mieszkaniu. Po tym, gdy dowiedziałyśmy się, że nasz pokój znajduje się w piwnicy, nie ma drzwi, tylko prowadzą do niego schodki i jest w nim tak zimno, jak na dworze, a grzejnik go jakimś dziwnym cudem nie ogrzewa. Po tym, jak całą pierwszą noc telepałam się, zamiast zapaść w mocny sen po nieprzespanych ponad 40 godzinach. Po kilku minutach rozmowy ze współlokatorem doszłam do wniosku, że muszę go tu nazywać Dickiem, bo co drugie słowo wychodzące z jego ust to przekleństwo. Słychać, że Polak. Po tym, jak okazało się, że dziewczyny spod czwórki zamiast być dla nas pomocne, miłe i wspierające, tylko warczą i traktują mnie jakbym im zamordowała rodziny siekierą.

Po tym, jak poszłyśmy na spacer i znalazłyśmy zagrodę z przepięknymi ogromnymi brązowymi owieczkami, czarno-białymi kózkami, sarenkami i jelonkami. Po tym, jak dziadek mieszkający przy sąsiedniej ulicy, krzyczy do nas hoj mejsies, uśmiecha się i macha jak szalony, gdy tylko nas widzi. Po tym, jak dziewczyna ze spanielem uśmiecha się do nas i odpowiada na powitanie, gdy nas widzi, bo jej psiak lgnie do nas. Po tym, gdy okazało się, że mamy tutaj całkiem niezłe wifi. Póki nie zdenerwujemy chłopaków spod szóstki i nie zmienią hasła, bo oni mają to pożądane urządzonko.

Po tym, jak okazało się, że naprawdę jest tutaj mocno średnio (czyli słabiej niż średnio, po prostu słabo, a i tak nie nastawiałam się na żadne luksusy), a ja mam na to wszystko wyjebane. To przez tych ludzi wokół zaczęłam kląć. Nikt się nami nie interesuje, nikt nam nic nie wyjaśni, nie pomoże. Koordynatorka miała do nas przyjechać pierwszego dnia, gdy tylko się tu pojawiłyśmy, jesteśmy tu dziesiąty dzień, a nie widziałyśmy jej do tej pory. Nie odbiera telefonów, nie odpisuje na smsy. Zadzwoniła na chwilę tylko dlatego, że kontaktowałyśmy się z lubelskim biurem i interweniowali w naszym imieniu. Powinnam tu siedzieć i płakać, słuchać smutnych piosenek, a tymczasem nie uroniłam ani jednej łzy z bezsilności, smutku, załamania czy zdenerwowania. Dick powiedział, że "jeszcze nie było tu takich komedii, jak odpierdalają z wami, zawsze koordynator przyjeżdżał pierwszego dnia pobytu nowych osób, a wy macie zajebiście silną psychikę, że się nie dajecie ani tej sytuacji, ani dziewczynom spod czwórki, bo gdyby innym przytrafiło się coś takiego, to już drugiego dnia dzwoniliby po busa do Polski".

A my jeździmy do pracy z dziewczynami, które tolerują nas tylko dlatego, że muszą z nami jeździć, ale nie mówią do nas nic ponad "cześć". Mieszkamy z Dickiem, dla którego 6 piw dziennie to norma, który odpala jednego papierosa od drugiego, który potrafi cały dzień gadać o głupotach (jeszcze parę dni, a spiszę scenariusz "Mody na sukces" wersja holenderska z przyjezdnymi Polakami w rolach głównych - co, kto, z kim, dlaczego to się skończyło tak, a nie inaczej). Ale Dick przynajmniej uczy nas niderlandzkiego, bo pracuje tu już jakieś 8-9 lat. Chodzimy na spacery do owieczek, kózek i sarenek. Jak będzie cieplej, to zamierzam spędzać przy nich całe popołudnia, bo to lepsze niż monologi Dicka, na które niestety co jakiś czas trzeba przytakiwać albo nawet komentować. Mimo że w ogóle nie mam na to ochoty.

Kupiłam sobie turkusowe trampki, bo od dawna takie mi się marzyły. Jeszcze nawet nie mam numeru BSN, więc nie dostanę w najbliższym czasie wypłaty. Dzwonię do domu i płacę 11zł za kilka minut połączenia. Mama pyta się, kiedy wracam do Polski. Kuzynka pisze mi, że jakby coś się działo, to mam dzwonić, pisać, a ona 12 godzin później zjawi się u mnie z mężem. Myślę o wycieczce do Amsterdamu, o spotkaniu ze znajomą Holenderką, którą O. poznała na Twiterze. Jestem tak bardzo niedospana i niewyspana, że po pracy mam ochotę przebrać się w piżamę, założyć bluzę, w której śpię, bo zamarzam, zagrzebać się w śpiwór i wstać dopiero o 5:50 następnego dnia. Jeszcze parę dni i będę błagała na kolanach chłopaków spod szóstki, czy mogę u nich trochę posiedzieć (nie poszłam na wieczorek zapoznawczy, bo spałam na stojąco), bo Dick wykończy mnie tu nerwowo. W pracy śpiewam i tańczę, słuchając radia NPO 3 FM. Jeszcze nie wyrabiam norm i trochę się tym martwię, że jednak wylecę z tej pracy szybciej niż się spodziewam, ale z każdym dniem jest lepiej i lepiej, o ile maszyny się co chwila nie psują.

No i... nie ma we mnie nic z tej Magdy sprzed kilku dni czy tygodni. Jestem jakaś inna - mniej przejmująca się wszystkim dookoła, mniej myśląca, łaknąca towarzystwa innego niż współlokatorzy, w pracy tańcząca do radiowych hitów puszczanych do porzygu, więcej śmiejąca się aż do bólu brzucha i niemogąca złapać powietrza, telepiąca się z zimna w nocy i bez Koty, która by ogrzała. Jestem jakaś inna i sama nie wiem, czy to dobrze czy źle. Czas pokaże :)








Komentarze

  1. Czytałam i czytałam i czekałam aż napiszesz - żartowałam, jest zajebiście!
    Kurczę, kurczę i kurczę, fak. Źle mi jakoś z tym, że Tobie tam zimno i że musisz słuchać gadania Dicka. Wiem, że sobie tam poradzisz, bo jesteś przecież silną babką, ale tak dla poprawy nastroju pamiętaj, że zaglądam tu codziennie i patrzę czy dajesz jakieś znaki życia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi czytać takie słowa, ale powiem Ci, że z dnia na dzień jest jakby trochę lepiej bo się przyzwyczajam, bo przestaję zwracać uwagę na niektóre rzeczy. No i przede wszystkim dlatego, że nie jestem tutaj sama, tylko mam O. :D

      Usuń
    2. Pozdrowiłam i ona też Cię pozdrawia! :)

      Usuń
  2. Przynajmniej wioska/miasteczko/miasto wygląda ładnie, niestety nie samym widokiem człowiek żyje. Jak się okazuje w twoim przypadku kobiety są czasami silniejsze, niż mogłoby się wydawać. Warunki rzeczywiście macie niezbyt ciekawe... okej.... tragiczne. Mam jednak nadzieję, że lada dzień się jakoś to unormuje. A przynajmniej, że grzejnik zacznie działać tak, jak powinien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 4 tys. mieszkańców - nie wiem, jak to określić :'D Tylk szkoda, że przez ostatnie parę dni non stop pada i taka pogoda ma się utrzymywać przez kolejny tydzień. Więc nawet nie mogę sobie wyjść pospacerować. Ale mam nadzieję, że później będziemy mieć wiosnę na całego :D
      Powiem Ci, że sama siebie nigdy nie określiłabym mianem "silnej", ale może po prostu jestem silna wtedy, kiedy wyjątkowo trzeba, a jak nie trzeba to nie.

      Usuń
    2. 4 tys. to już taka średnia/większa wioska :p

      Usuń
    3. Nurtowało mnie to i jednak sprawdziłam - prawie 6 tys. mieszkańców (my bad!), ale i tak jest określone jako "Dutch village", ale jak spaceruję sobie po nim, to bardziej wygląda mi jednak na miasteczko niż wioskę :D

      Usuń
  3. Kurcze...Gratuluję...Ale no cóż. Mam nadzieję,ze w końcu jakoś się ułoży,bo rzeczywiście nic miłego coś takiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno "nadzieja matką głupich", ale też "matka troszczy się o swoje dzieci". I tego się trzymam :)

      Usuń
  4. Wyjazdy bardzo zmieniają ludzi. Sama tego doświadczyłam dwa lata temu, a pobyt poza domem podczas studiowania jest tego kontynuacją. Trzymaj mi się tam cieplutko i pisz do mnie duuuużo. :* Cieszę się, że jesteś tam taka dzielna. :* Buziaczki kochana! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam się cieplutko w bluzie i pod śpiworem :D Żartuję, czasem są jakieś cieplejsze fazy to nabieram tego ciepła na zapas i jakoś się trzymam. W ogóle to nie wiem dlaczego jeszcze nie wysłałam Ci żadnych zdjęć i zaraz to nadrobię na FB.

      Usuń
  5. Rzeczywistość skrzeczy bardzo głośno i paskudnie, ale dzielnie się z nią mierzysz. My kobiety jednak mamy w sobie zaskakujące pokłady siły :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie lubię się poddawać, no... chyba że faktycznie wiem, że nic z tego nie wyjdzie, więc jak dla mnie to nie było innej opcji niż ta, żeby walczyć :)

      Usuń
  6. No luksusów to tam faktycznie nie miałaś, ale z Tego co piszesz to było ciekawie ;) Nowe doświadczenia się jednak przydają :) Teraz już wiesz, że poradzisz sobie w każdej sytuacji! :D Najważniejsze to dobre nastawienie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ ja dalej tu jestem i dalej muszę sobie z tym wszystkim radzić! :)

      Usuń
  7. O cholera... z panem wdzięcznie ochrzczonym Dickiem miałabym stale na pieńku. Ale ja ostatnio nerwowa jakaś jestem xD
    I cóż, dzieje się u Ciebie widzę sporo :) Nowe doświadczenia i z każdego wyciągnięta jakaś nowa nauka. Dasz sobie radę ze wszystkim - mocno w Ciebie wierzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, jak przetrwałam z nim te dwa tygodnie, bo czasem jest po prostu masakra. Ale ostatnio mu trochę nagadałam, to jakiś spokojniejszy się zrobił XD No ale też chyba trochę się już do niego zdążyłam przyzwyczaić.
      W sumie to się cieszę, że w końcu się coś dzieje, bo taka statyczność w niepewności była dla mnie bardziej męcząca i stresująca niż to wszystko teraz... Dzięki za wiarę! :*

      Usuń
    2. I dobrze, że mu nagadałaś! Jak następnym razem Ci podpadnie (a oby nie!) to mu powiedz, że będzie miał z rudym Asikiem do czynienia XD (ciekawe, czy się przestraszy XD)
      Najważniejsze, że w końcu wszystko ruszyło do przodu :) No i nie ma za co przecież :*

      Usuń
    3. Muszę przyznać, że na razie trochę się ogarnął i mam nadzieję, że nie zmusi mnie więcej do jakichś dziwnych czynów, bo jednak z reguły jestem miła i przyjaźnie nastawiona do ludzi XD

      Usuń
    4. To tak, jak ja, ale jak ktoś zaczyna przeginać, to nie ręczę za siebie nieraz XD Oby mu się zbyt szybko nie odmieniło :D

      Usuń
    5. Na razie nie jest źle, ale coś mówi, że jego kolejny kolega przyjedzie i będą sobie codziennie "piwkować". God, why? XD

      Usuń
  8. Oj, szkoda, że aż tak szaro wygląda ta rzeczywistość, ale najważniejsze, że dajesz radę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz... Cieszę się, że jest tak "szaro" niż jakby miało być jeszcze gorzej, czyli "czarno" ;P

      Usuń
  9. Kiedy to czytałam to naprawdę było mi Ciebie troszkę szkoda ale ja jestem zdania, że po burzy wychodzi słońce i wszystko się pozmienia! :) .. pięknie piszesz ogólnie, aż chce się czytac :)
    Przy okazji zapraszam Cię na mojego bloga : http://maaxitan.blogspot.com/ oraz fanpage : https://www.facebook.com/maxitan.photography?fref=ts :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój". Muszę przyznać, że z tygodnia na tydzień jest coraz lepiej, choć nie są to jakieś diametralne zmiany ;)

      Usuń
  10. Ten kawałek kocham i zawsze podnosi mnie na duchu jakoś:)
    I...zmiany są dobre. A zmiana dosłowna przecież zawsze powoduje zmianę wewnątrz nas i kto wie- może właśnie pozwala odkryć jakieś fantastyczne oblicze?:) Oj widzę dobrze ci tam, z tymi owcami i trampkami :D Cieszę się:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo jest taki pozytywny właśnie.
      Powiem Ci, że chyba coś w tym jest. Nowe miejsce, nowa ja :P
      Owce i trampki to jedne z nielicznych rzeczy, które mnie tu podtrzymywały na duchu ostatnimi czasy XD ale muszę przyznać, że teraz jest lepiej!

      Usuń
  11. Pozostaje mi życzyć, żeby było tylko lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, nie wątpię, że będzie!

      Usuń
  12. chyba dogadałabym się z Dickiem :D bynajmniej nie po niderlandzku.
    fajna ta Holka, ale nigdy mi się nie podobało, że tam jest aż zbyt porządnie, każdy dom z identycznej cegły o.O

    OdpowiedzUsuń
  13. Mówią, że początki zawsze są trudne. Mój tata z początku też miał mnóstwo problemów. A to musiał mieszkać w jakiejś oborze, tu inni (oczywiście Polacy) Mu szkodzili, aż w końcu wszystkich facet zwolnił, został tylko tata i na dodatek pracując tam remontował sobie domek, którym później zamieszkał. :)
    Będzie dobrze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polacy za granicą są bardziej zawistni niż Ci w kraju... Fajnie, że Twojemu Tacie się udało, mi aktualnie też nie jest najgorzej, ba, chyba z dnia na dzień i z tygodnia na tydzień jest coraz lepiej :)

      Usuń
  14. Podziwiam wytrzymałych psychicznie ludzi. Podziwiam Ciebie :)
    Czytając wpis przeniosłam się do Twojego miejsca pobytu prawie całkowicie ;) Zdjęcia wyszły cudowne :)
    Życzę, aby wszystko wróciło do normy. I są święta, więc... Wesołych świąt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tej pory wcale nie myślałam o sobie jako o wytrzymałej psychicznie i w sumie to w dalszym ciągu tak nie myślę. Ale miło czytać takie słowa ;)

      Usuń
  15. najważniejsza jest odwaga w podejmowaniu pierwszej decyzji - czyli wyjazd. a potem już gorzej być nie może, WIEM Z AUTOPSJI :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeee, powiem Ci, że decyzja o wyjeździe nie była trudna, gorzej było z przeżyciem tu kilku pierwszych dni i ogarnięciem tego, ale... mieszkam tu już prawie miesiąc i właściwie to jest w porządku! :D

      Usuń
  16. Podziwiam, że wytrzymujesz, bo ja bym pewnie już na starcie poległa. Ale wiesz, moi rodzice też mieli takie przygody. Kiedyś byli załamani, teraz wspominają to z uśmiechem. Każde doświadczenie czegoś uczy!
    Śmiejąca się do bólu brzucha? Toż to musza być zmiany na lepsze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem w 100 procentach pewna, że jeśli przyjechałabym tu sama, bez O., to już po paru dniach wracałabym do Polski, bo nie dałabym rady znieść tego wszystkeigo. Naprawdę. Z kimś jest o wiele lepiej i bezpieczniej.
      Niektóre zmiany są oczywiście na lepsze, ale raczej nie wszystkie :P

      Usuń
  17. Spadło na Ciebie wiele odpowiedzialnych obowiązków, więc możesz czuć w sobie jakąś zmianę. Ale myślę, że za jakiś czas zatęsknisz za dawną sobą i dawnym życiem i to wtedy będziesz mogła ocenić czy się zmieniłaś, czy wciąż stać Cię na te same gesty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że tak bywa i że nikt się tego nie spodziewa ani nie może przewidzieć kierunku tych zmian... Ale na razie to nie jest źle :D

      Usuń

Prześlij komentarz