Psychologiczna porażka

Tyle się zbierałam, tyle czekałam na lepszy moment, ale dziś w pracy doszłam do wniosku, że nigdy nie będzie czegoś takiego jak lepszy moment na publikację tego tekstu. Nie będzie ani lepszego momentu, ani gorszego. Także ten...

połowa października 2014

Przeglądałam pamiętnik w poszukiwaniu pewnej informacji, a niechcący trafiłam na słowa: "I jeszcze... muszę się nią zaopiekować". Zrobiło mi się słabo i rozbolała mnie głowa, bo przypomniała mi się moja największa porażka na gruncie psychologicznym. Chociaż wtedy nie myślałam o tym akurat w takim kontekście.

Ścieżka dźwiękowa aka piosenki z tamtego okresu –
piosenki podsyłane sobie wzajemnie na GG lub
słuchane wspólnie albo osobno itp. itd.:
Ira – Londyn 8:15
The Calling – Wherever You Will Go
Myslovitz – Chciałbym umrzeć z miłości
Ira – Trochę wolniej
Ira – Bez ciebie znikam
PtakY – Ana
Myslovitz – Peggy Brown

***

Klasa maturalna. Razem z naszą paczką dziewczyn zakumplowałyśmy się z chłopakami z równoległej klasy, z którymi Daga (jedna z nas) uczęszczała na wolontariat. Szukaliśmy się na każdej przerwie w szkole, gadaliśmy, śmieliśmy się, urozmaicaliśmy sobie jakoś te długie przerwy pomiędzy lekcjami, a popołudniami chodziliśmy na pizzę i piwo, czyli po prostu spędzaliśmy miło czas.

Był rok 2009 i właśnie ukończyłam klasę maturalną. Pod koniec kwietnia i w maju zaczęłam widywać się z dwoma kolegami (ze wspomnianej już równoległej klasy), chodziliśmy na spacery po osiedlu, bo mieszkali kilka ulic dalej. [Jeden z nich miał dziewczynę, a drugi był zakochany w koleżance z ich klasy, o której non stop opowiadał, jak jej nie było w pobliżu, więc sobie nic nie myślcie ;)] Podczas pewnego spaceru brzegiem lasu, przy torach kolejowych, niewinne rozmowy zeszły na temat samobójstw. Był to jakoś okres kilka dni przed albo po maturze z fizyki, którą obaj pisali. Znaleźli wyjście na wypadek, gdyby im te egzaminy nie poszły. Mieli obcykane wszystkie opcje "za i przeciw", która śmierć byłaby najlepsza, ale każda miała jakieś minusy. Nie dyskutowałam z nimi. Wiedziałam, że kto jak kto, ale oni tylko tak sobie gadają. Mały spoiler – miałam rację.

Maj 2010, juwenalia. Piątek. Koncert Iry. Byłam na nim z koleżankami z liceum i chłopakiem jednej z nich. Po jakimś czasie dołączyli do nas jego koledzy, w tym ci dwaj wspominani wyżej. Uzgodniliśmy, że widzimy się w takim samym składzie dwa dni później na happysadzie i T.Love. Pogadałam sobie w międzyczasie z Bartkiem i okazało się, że przegrałam jakiś wyimaginowany zakład i jestem mu winna ciastko i herbatę aka wizytę u mnie. Do tego śmiechem-żartem doszła opieka nade mną podczas przyszłośrodowego koncertu Myslovitz i niedzielnego Hey. Nie miałam nic przeciwko, tym bardziej, że właśnie chciałam się wybrać na te koncerty, ale nikt nie miał na nie ochoty. Przez kolejne tygodnie były długie rozmowy na GG i wieczorno-nocne spacery, z których byłam rozgrzeszana przez mamę pod warunkiem, że B. odprowadzi mnie do domu. Odprowadzał. Na przełomie maja i czerwca dowiedziałam się, że jakiś czas temu zerwała z nim dziewczyna. Jego najukochańsza Jasnowłosa. Zaczęłam rozumieć. Niby widziałam, że od jakiegoś czasu B. jest apatyczny, przygnębiony, często się zamyśla i nie wie, co mówię, ale zrzuciłam to na jego problemy na uczelni. Które były właśnie spowodowane zerwaniem. Błędne koło. Jako dobra koleżanka zostałam również jego psychologiem, osobą, której może się wygadać. Słuchałam, jak on kocha Jasnowłosą, podnosiłam na duchu, tłumaczyłam, radziłam, żeby o niej zapomniał, skoro go skrzywdziła (tak, wiem, że to nie takie proste), żeby zajął myśli czymś/kimś innym. Rozmowy na GG były w porządku: śmiechy, żarty, bajki o nowej Blondwłosej Księżniczce, o Księciu na Ziarnku Grochu, głupie teksty, dwuznaczne propozycje, lista wymagań stawianych przyszłej dziewczynie. A następnego dnia sms od niego o treści: "Idziemy się przejść? Będę u ciebie za 15 minut". I znowu to samo. Słuchałam o jego niegasnącej miłości, o tym, że on za nią potwornie tęskni, że chce ją przytulić, wziąć za rękę, pocałować i już nigdy nie wypuszczać z ramion, ale ona nie chce go widzieć. Jego opis na gg: "Dotykam snu, a moje ręce pragną dotykać twojej twarzy". Słuchałam, a później starałam się mu racjonalnie i w miarę spokojnie tłumaczyć, żeby przestał się tak nią katować. Że to do niczego nie prowadzi i nie zmieni jej zdania. Jak miał dosyć moich "rad", zaczynał swoją śpiewkę doradczą na temat mojej powinności znalezienia sobie przystojniaka, który słucha Iry, żeby mógł mnie zabierać na koncerty, a on, B. poszedłby w końcu na moje wesele. Nie odzywałam się, bo co miałam mówić, a zresztą już wiedziałam, że to "koniec jego wynurzeń na dziś".

W lipcu tego samego roku był spontaniczny >wakacyjny wyjazd nad morze<. Miał pomóc, a tylko sprawił, że serce rozpadało mi się na kawałeczki kilkadziesiąt razy każdego z siedmiu dni, gdy tylko patrzyłam na B. Dalej sobie z niczym nie radził. Nie, on nie jedzie z nami do Gdańska, bo źle się czuje. Nie, nie pójdzie z nami na plażę, bo z tęsknoty boli go serce. Pójdzie na spacer zamiast zostać z nami w pokoju, bo jest smutny. Sam pójdzie. Albo w nocy na plażę pooglądać gwiazdy. Sam. Na wyjeździe była z nami Ewa. Blondynka. Myślałam, że może zostanie Jasnowłosą II, no bo czemu nie, skoro ona była zawsze pierwszą w kolejce do pocieszania, gdy tylko B. zamykał się w sobie podczas tamtego wyjazdu? Były też rozmowy z B. o depresji i umieraniu. Że chciałby umrzeć. Bardzo. Bo bez Jasnowłosej nic nie ma sensu. Jego opis na gg: "Chciałbym umrzeć z miłości". Przecież niezmiennie od paru miesięcy właśnie do tego dążyłeś...

Koniec lata i początek jesieni upłynęły na kolejnych długich rozmowach na GG. Tych przyjemniejszych, nie tak depresyjnych. Byłam odrobinę spokojniejsza, bo "miał na oku pewną blondynkę ;)". Myślałam o Ewie znad morza. Do czasu, kiedy dowiedziałam się, że jeszcze podczas pobytu nad morzem odbyli poważną rozmowę i nic z tego nie będzie. I do czasu, kiedy znajoma mimochodem zapytała się mnie, czy wiem, gdzie B. ostatnio był. Nie miałam pojęcia ani żadnego pomysłu. A on... wybrał się sam samochodem na wycieczkę do miasta oddalonego o ok. 300 km od naszego, gdzie jego (była) Jasnowłosa miesiąc wcześniej zaczęła studia. Był u niej. Rwałam włosy z głowy, bo to o nią mu zawsze chodziło. Ona była tą, o której myślał cały czas, mimo wszystko. To miał zawsze na oku, nikogo innego. Jaka ja byłam głupia. Ale on chyba też, skoro nie potrafił zrozumieć tego:


You can't be fixed by the same person who broke you.

&

Never run back to what broke you.
Remember this, no matter how much you think going back will make you whole again, no matter how hard it is and the courage it takes, do not look back on your past, you can't re-write the ending.

&

Stop looking for happiness in the same place you lost it.

[Wszystkie trzy mądrości z Tumblr.]

Później były prawie comiesięczne spotkania ukulturalniające u niego w większym gronie (albo u drugiego kolegi); czas płynął nam na oglądaniu filmów, gadaniu o wszystkim i słuchaniu fajnej muzyki. Jednak rozmowy o tym, jak mu źle miały miejsce tylko ze mną. Osobiście, bez towarzystwa. Z nikim więcej. Mój opis na gg: "Chcesz to za wszystko zaraz przeproszę, tylko zabierz mnie stąd" → fragment piosenki, Iry nawet, zalinkowanej u góry → "Bez ciebie znikam". Wiadomość od B: "No to przepraszaj ;P".

Luty/marzec 2011. Kojarzycie film "Sala Samobójców"? Wypowiedziałam ten tytuł w najgorszej możliwej chwili, gdy B. był w pobliżu. Próbowałam to obrócić w żart, że jego ewentualnie może zainteresować Tajemnicza Ona. "W sumie to miałoby sens. Tajemnicza Ona, która zapędza mnie do Sali Samobójców. (...) Ale ja widzę bardzo realistyczne powiązanie, naprawdę". Była w końcu wizyta w kinie w pewną śnieżną marcową środę, był powrót do domu po pierwszej w nocy następnego dnia, były żarty o podróży nad morze. "–Jutro? –Nawet dziś. –Z tobą zawsze". Była też przez jakiś cholernie głupi przypadek >Urszula<. Ale B. dalej był tym samym B. pogrążonym w depresji, bo rok wcześniej zostawiła go dziewczyna, uśmiechającym się tylko dla zachowania pozorów, że nie jest tak źle. Mój opis na gg: "nie stracę cię" → czyli wers piosenki "AnA" – link na początku. Wiadomość od B.: "Mnie? :)". Naprawdę chciałam pomóc mu się pozbierać, przewartościować cele i pragnienia, ale gdy ktoś tego nie chce, to nikt i nic nie jest mu w stanie pomóc. On desperacko tego ode mnie pragnął, ale nie potrafił wykorzystać w życiu. Nie próbował. Wolał się pławić w beznadziejnej bezsilności, zadumie i bezsensie życia bez Jasnowłosej. Jego opis na gg: "Po co zabijać czas, skoro można zabić siebie?" Nie starałam się pomagać, nie pomagałam na siłę. Nie zmuszałam go do niczego. Sam uznał, że mnie potrzebuje. Dzwonił, pisał. A ja zawsze byłam dla niego.

Biffy Clyro – Victory Over the Sun

Tylko inna sprawa... On nigdy nie był dla mnie. Ilekroć to ja proponowałam spacer, spotkanie, rozmowę, bo tego potrzebowałam, B. albo nie odpisywał, albo mówił, że nie ma czasu i wymyślał na poczekaniu milion wymówek i ważnych rzeczy do załatwienia. Ale to nic, bo nie ja tu byłam najważniejsza. Nie mi świat się zawalił i nie ja potrzebowałam wsparcia. Tak myślałam wtedy, ale tak samo myślę również teraz. Mimo wszystko.

Było jeszcze trochę spacerów, rozmów, koncertów (bawiłam się z nim nawet w podchody przez telefon, żeby przestał się stresować jakimś cholernie trudnym egzaminem, który miał za kilkadziesiąt minut, chociaż akurat wtedy wcale nie było mi do śmiechu) i z każdym kolejnym coś do mnie docierało coraz bardziej. Że więcej nie zniosę, nie udźwignę. Zamiast mu pomóc, subtelnie, po kawałeczku niszczyłam samą siebie. Nie mogłam spać po nocach, nie mogłam się na niczym skupić, bo moje myśli cały czas zaprzątały fragmenty rozmów, myślałam o tym, co on może zrobić, co mogę mu doradzić, jak mu pomóc. Próbując wyciągnąć go z dołka, sama zapadałam się coraz bardziej. Miałam wyciągnąć go na powierzchnię, a zamiast tego on ściągał mnie coraz niżej. Jakby nie chciał być z tym samotny, ale wolał z kimś cierpieć sześć stóp pod ziemią niż unosić się kilkanaście centymetrów nad... Wiem, jak to wygląda. Wiem. "Something inside this heart has died".
Green Day – 21 Guns
Grudzień 2011. Nie dawałam rady. Była druga i ostatnia wizyta w kinie. O dziwo, na filmie, który choć trochę podniósł go na duchu, pomimo że była to komedia romantyczna. Pomimo tego co powiedział, a ja nie zareagowałam, pomimo tego, co zrobił, a właściwie – czego nie zrobił. Powiedziałam "żegnaj". Parę dni później odmówiłam, gdy inny kolega zaproponował mi spędzenie sylwestra na działce u B. Nie odebrałam kolejnych kilku połączeń w ciągu najbliższych dni od jego dwóch kolegów. (Żeby nie było – dostali ode mnie smsy). Ani kilkudziesięciu od samego B. (Wiecie... to miało być tak, że niby jemu się nie oprę, na pewno odbiorę i przyjmę zaproszenie, no bo to przecież ON, z którym spędzałam tyyyyle czasu, więc coś musi być na rzeczy.) W przerwie między nieodebranymi połączeniami napisałam, że nie zamierzam się więcej z nim widywać ani nawet rozmawiać, bo mnie to przytłacza, przygniata... zniewala? Próbował jeszcze kilka razy. Od imprezy sylwestrowej na przełomie lat 2011/2012 więcej nie dzwonił. Nie pisał.

***

W ciągu prawie 4 lat, które minęły od tamtego czasu, widziałam go jakieś 3 lub 4 razy. Niespecjalnie. Przez głupi przypadek. Złe miejsce, zły czas. Ostatni raz złapał mnie na juwenaliach w maju ponad dwa lata temu, gdzie był ze znajomymi, kiedy mimo trwania koncertu, już zmierzałam do wyjścia, żeby zdążyć na ostatni autobus do domu. "Przyjechałem samochodem, więc odwiozę cię później i odprowadzę do domu. Jak kiedyś", powiedział z błyskiem w oku. Pokręciłam głową, wydusiłam z siebie "nie mogę, spieszę się", odwróciłam i poszłam na przystanek, gdzie miałam złapać koleżankę. Nie poszedł za mną, nie dogonił, nie zadzwonił, nie napisał. Nie zamierzałam ratować czegoś, co mnie doszczętnie zniszczyło jakiś czas temu. A Roguc gdzieś w tle to wszystko nieświadomie podsumowywał: zrozum jeśli nie będę umiał zmusić się do życia. Wybacz jeśli nie będę umiał powstrzymać się od picia. Musi minąć kilka dni, zanim zduszę w sobie wstyd, zanim nabiorę nowych sił.

Czyli nie pomogłam mu. Ale zaszkodziłam sama sobie. Chociaż próbowałam, zaangażowałam się jak nigdy, skoro mnie tak desperacko potrzebował (chciałam powiedzieć "pragnął", ale właśnie o to w tym wszystkim chodziło, że nie). Nie jestem dyplomowanym psychologiem, nie mogłam mu zapewnić profesjonalnej opieki, ale przynajmniej mu towarzyszyłam w tych złych chwilach. Bo tego chciał. Jednak tak właściwie z perspektywy czasu to wcale nie potrzebował nikogo do stanięcia na nogi. Dał sobie radę sam. Nie wiem... może po prostu chciał się komuś powyżalać, poużalać nad sobą. Może potrzebował litości, a z drugiej strony czyjegoś towarzystwa, nie-przytulenia i ciepłego słowa, że i tak będzie dobrze.

***

Od kiedy znam B., czyli od jakichś 7 lat, zawsze miał słabość do dziewczyn z jasnymi włosami. Nie byłam i nie jestem jedną z nich. Ale wiecie, skąd wzięła się owa Blondwłosa Księżniczka? Blondwłosa, bo blond włosy, to oczywiste. Ale Księżniczka... Kiedyś nie do końca trzeźwy rowerzysta krzyknął za mną na głównej ulicy: "Dzień dobry, księżniczko!". I od wtedy Księżniczka stała się dla mnie i dla B. pewnego rodzaju żartem, którego nikt inny nie potrafił pojąć. Po prostu – synonimem dziewczyny, jego drugiej połówki, ale Księżniczka brzmi o wiele lepiej, mimo że mniej realnie. Może właśnie o to chodziło – o wymarzoną idealną dziewczynę, której nigdy nie znajdzie i nigdy z nią nie będzie? I nie, nie chodziło wcale o mnie. Nigdy nie byłam ani nie miałam być jego księżniczką.

Nie, ta historia nie ma złego końca. Naprawdę. B. dalej gustuje w blondynkach. Jego aktualna (aktualna wtedy, gdy zaczęłam to pisać, czyli październik 2014) Księżniczka, Prawdziwa Księżniczka również ma blond włosy (zaczęli się spotykać jakiś rok wcześniej [wow, w końcu! Jestem pełna podziwu i mówię to całkiem szczerze, mimo wszystko]). Mam nadzieję, że coś do niego w końcu dotarło i że taka sytuacja nie będzie więcej miała miejsca. Naprawdę życzę mu wszystkiego dobrego. Mimo wszystko. Chociaż niby wiadomo, że historia lubi się powtarzać.

***

Ale...
Październik/listopad 2014. Spotkałam się ze znajomymi w barze. Przez czysty przypadek przy okazji plotek o wspólnych znajomych dowiedziałam się, że B. już nie jest ze swoją Księżniczką. Od jakiegoś miesiąca. Okazało się, że moja psychologiczna porażka sprzed lar nie była całkowitą porażką, ale... wszystko poszło nie tak, jak miało, nie w tym kierunku, do którego zmierzało. Bo podobno to Księżniczka była o wiele bardziej zaangażowana w ten związek niż B. On w ogóle się nie angażował, olewał ją na każdym kroku, traktował ją z dystansem, był z nią, bo ona tego chciała. Nikt nie wie, o co im poszło, dlaczego już ze sobą nie są. Ani Nata, do której B. dzwonił zawsze jako do pierwszej, gdy miał problemy z Księżniczką (nie mówię tego z drwiną, nooo, może jednak trochę mówię, ale... znalazł sobie kolejną dziewczynę-przyjaciółkę na moje zastępstwo, której mógł się żalić ze wszystkiego i traktować ją jako osobistą psycholożkę?), ani jego przyjaciele ze szkoły średniej. Nikt nie wie, kto z kim zerwał, czy rozstali się "za zgodą obojga stron". Nigdy nie poznałam Księżniczki, więc nie mi oceniać, ale podobno jest świetną dziewczyną, wszyscy wokół ją polubili i żałują, że tak to się skończyło. B. i Księżniczka nie byli też już wtedy znajomymi na Facebooku (taaa, najważniejszy wskaźnik i informator, ale taka prawda). Nie wiem, nie rozumiem.

I...
Koniec grudnia 2014. W najnowszych powiadomieniach na Facebooku wyświetliło mi się, że B. i ta jego ostatnia Blondwłosa Księżniczka z poprzedniego akapitu znów są znajomymi na Facebooku. Nic nie mówię. Absolutnie nic. Nie wiem, dlaczego jeszcze zwracam na to uwagę. Nie wiem, dlaczego spośród tylu nowych znajomości moich znajomych akurat ta wyświetliła mi się w aktualnościach. Ale to drobiazgi. A drobiazgi są najbardziej zauważalne.


A mi się to wszystko ostatnio znowu przypomniało. Ale nie to,  że się zasmuciłam czy załamałam. Byłam na to jakoś obojętna, choć trochę rozmyślałam na ten temat i pojawiło się milion pytań, które już na zawsze pozostaną bez odpowiedzi, milion wątpliwości, milion "co by było gdyby". Ale nic nie zmienię, więc... nie ma co nad tym myśleć i się tym przejmować. Wiem swoje.

Komentarze

  1. "Drobiazgi są najbardziej zauważalne." Jak to dobrze powiedziane/napisane.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiele myśli w mojej głowie, rozsypanych jak puzzle po przeczytaniu Twojego postu.
    To jest właśnie przykre, kiedy tak bardzo się angażujemy, kiedy nam naprawdę zależy, a jesteśmy czasem tylko rękawem do wypłakania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje są chyba dalej rozsypane, mimo że jakoś udało mi się kiedyś sklecić tego posta.
      Przykre, ale co zrobić? Jedynym rozwiązaniem byłoby nieangażowanie się, ale chyba nie da się całkiem bez tego żyć, nie?

      Usuń
  3. Przeczytałam całą historię i...aż za dużo myśli kłębi mi się w głowie. Jedna to ta, która mówi, że nie jesteśmy nigdy odpowiedzialni za cudze życie i...jak się okazuje, niektórzy, wobec których nie umiemy stosować tej reguły, nigdy nie poczują się odpowiedzialni za nas. Jak to jest, że nieraz mamy w sobie za dużo tego poczucia i emocji, a nieraz, inni, mają ich niedostatek albo po prostu nie działa to w dwie strony?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie. Mam. Pojęcia. Tym bardziej, że B. jest wrażliwym, emocjonalnym i takim trochę, ugh... ciapowatym facetem, więc jednak spodziewałabym się po nim trochę innej postawy, przynajmniej częściowo.

      Usuń
  4. Są ludzie, którzy nie chcą, by im pomóc. Wewnętrznie. Mam nadzieję, że historia tego znajomego mimo wszystko będzie miała happy end.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to jakby nie patrzeć... też jestem typem takiej osoby o_O Choć mam nadzieję, że nie aż do tego stopnia.

      Usuń
  5. fajnie sie czyta twoje posty,
    zapraszam na glosowanie w konkursie, na blogu wszystko opisane :)

    OdpowiedzUsuń
  6. To było trochę toksyczne. Ta znajomość. Jakby na to nie spojrzeć, wykorzystywał Cię nie dając nic w zamian. Dobrze, że podjęłaś taką decyzję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet "trochę bardziej", ale... cóż, w końcu się otrząsnęłam i raczej wyszło mi to na dobre.

      Usuń
  7. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane - niestety :)

    OdpowiedzUsuń
  8. B. kojarzy mi się z takim... wysysaczem wszystkich uczuć i energii... Plącze, bałagani i trudno o nim zapomnieć...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz