Mieszkanie służbowe, czyli nie da się tu nie zwariować

Wyjeżdżasz za granicę do pracy za pośrednictwem agencji zatrudnienia. Nic nie wiesz o kraju, do którego zmierzasz (o tej konkretnej pracy również nie masz bladego pojęcia), nie wiesz, w jaki sposób masz znaleźć sobie tymczasowe zakwaterowanie, tym bardziej, że wybierasz się jedynie na 2-3 miesiące, więc korzystasz z uprzejmości wspomnianej agencji i lądujesz w mieszkaniu służbowym. (Tak, to wszystko było o mnie.) Miałam to szczęście, że trafiłam do normalnego mieszkania w normalnym miasteczku, gdzie do sklepu miałam kilka kroków, a nie na vakantiepark do bungali, czyli takich domkach wczasowych, do najbliższego sklepu mając ponad 10 km.

Przez ten prawie rok, kiedy mieszkałam w (szumnie zwanym) apartamencie przy uliczce naprzeciwko kościoła, przez nasze trzy służbowe mieszkania (w jednej kamienicy – mieszkania były umiejscowione jedno nad drugim, a nie na tym samym poziomie) przewinęło się mnóstwo mieszkańców. Jedni byli tylko na tydzień bądź dwa, inni mieszkali tu kilkanaście miesięcy. Jedni byli całkiem normalnymi poważnymi ludźmi, inni postrzelonymi, niewiedzącymi na czym stoi świat, szukającymi w Holandii rozrywki, przy okazji czasem pracując Przekrój wieku – od lat dwudziestu do pięćdziesięciu kilku. Kobiety, mężczyźni, chłopaki, dziewczyny. Ludzie, którzy przyjechali tu samotnie, w parach, grupką. Busem, samochodem. Z całej Polski lub przekwaterowali się z innego miejsca w Holandii. Tacy, którzy przyjechali do tego kraju po raz pierwszy, ale byli też i tacy, którzy pracują tu nawet i od 10 lat.

Nie jest łatwo tak nagle wprowadzić się do pewnego mieszkania, zamieszkać z całkiem obcymi ludźmi i żyć z nimi jakby nigdy nic. Gdzie coś nas łączy, ale o wiele więcej dzieli. Jakoś trzeba się dogadać, mimo że nie wszyscy są do tego skorzy. Ale podołałam temu nowego (dla mnie wówczas) doświadczeniu i przetrwałam prawie rok. Jedni współlokatorzy byli całkiem w porządku, inni niezmiernie denerwowali samym swoim istnieniem. Z jednymi od razu znalazłam wspólny język, z innymi potrafiłam się dogadać, choć musiało minąć sporo czasu, z jeszcze innymi żyłam tylko dlatego, że musiałam, mijając się w salonie i wzajemnie nie wchodząc sobie w paradę. Z jednymi jeździłam na zakupy i łaziłam cały dzień po mieście po sklepach, z innymi spędzałam wieczory/noce w ogrodzie pijąc wódkę do rana, jeździłam do parków rozrywki, oglądałam filmy, chodziłam na spacery, w międzyczasie oczywiście rozmawiałam na przeróżne tematy, innych ignorowałam. Z jednymi bardzo się zakumplowałam, żałowałam, że musieli wracać do Polski po tak krótkim czasie, innych ledwo pamiętam, gdy ktoś wspomina jakieś imię, mimo że mieszkałam z nimi kilka miesięcy.

A teraz... w związku z pewnymi kłodami, które pojawiały się pod moimi nogami od końca listopada (właściwie pod nogami wszystkich pracowników i szefostwa firmy), chwilowo przygasły, ale znowu przybrały na sile pod koniec stycznia, gdy wracałam z urlopu pod koniec lutego, wiedziałam, że nie wracam na długo do tego mieszkania. I nie pomyliłam się, bo gdy tylko przekroczyłam próg przed drugą w nocy, Patka poinformowała mnie, że jak koło południa wrócą z pracy, to od razu się przeprowadzamy. Do hotelu, którego właścicielem jest nasz szefuńcio, do hotelu, który znajduje się niecały kilometr od naszej firmy, do hotelu, gdzie mieszka kilkoro ze znajomych z pracy, do hotelu, który ja z głupia frant ZAPROPONOWAŁAM, bo nie chciałam wylądować na wspomnianym wyżej vakantieparku. Mieszkam tu ponad dwa miesiące. I wcale nie uważam, że mam o wiele gorsze warunki niż w poprzednim miejscu zamieszkania, co mama przypomina mi przy okazji każdej rozmowy telefonicznej, mimo że widziała jedynie zdjęcia stąd i stamtąd. Jasne, jest inaczej, jest mniej prywatnie, mieszkam w 3-osobowym pokoju z Patką (jeszcze tydzień temu mieszkała z nami tyle razy tutaj wspomniana Anka, ale... przeprowadziła się, bo i tak gdy przyszłyśmy do hotelu przestała się totalnie do nas odzywać, uważała nas za najgorsze zło i ciekawe, co nagadała o nas wszystkim wokół), ale mamy pokój 2 razy większy niż nasz poprzedni 4-osobowy. W naszym skrzydle są jedynie dwa pokoje mieszkalne, więc mamy ciszę i spokój. Są tu 3 kuchnie, z czego moja jest idealnie pod pokojem, więc nie mam daleko po herbatę, mamy stół bilardowy w saloniku obok, oprócz tego: oczywiście łazienki (damską i męską), dodatkowo szatnię, pralnię, zadaszone podwórko z linkami do suszenia prania, siłownię na świeżym powietrzu. Funkcyjny ustala nam dyżury na sprzątanie poszczególnych pomieszczeń, bo wątpię, żeby ktoś sam z siebie się za to zabrał, a jednak porządek musi być. W hotelu mieszka więcej osób niż tam (aktualnie chyba 23, jest jedno wolne miejsce), ale jest fajnie. Jak to ostatnio widziałam na bardzo fajnym fanpage'u Humans of New York, jedna kobieta powiedziała: "My life isn’t better or worse. It’s just different. And that’s what I wanted". Tak właśnie.

Kiedyś już komuś wspominałam, że czułam/czuję się jakbym była na koloniach/obozie (i wtedy w poprzednim mieszkaniu, i teraz, w hotelu). Z tą różnicą, że chodzimy do pracy, sami organizujemy sobie czas wolny i sami musimy być dla siebie kucharzami. Mieszkam z nie do końca znanymi mi ludźmi. Lubimy się bądź nie, ale nie mamy wielkiego wyjścia – musimy mieszkać razem. Z jednymi tylko mijam się na korytarzu i nigdy nie zamieniliśmy więcej niż grzecznościowe przedstawienie się i codzienne poranne "cześć", inni przychodzą do mojej kuchni, gdy planuję sobie zrobić jedynie herbatę i wrócić do pokoju, ale zostaję i miło spędzam kolejne dwie godziny, z jeszcze innymi siedzę w piątek i piję wino z kubka (bo nie mamy tyle kieliszków...) do drugiej w nocy, totalnie nie przejmując się, że za cztery godziny muszę wstać do pracy. Jasne, nie zawsze jest kolorowo. Plotki, niedomówienia, wzajemne ignorowanie się jak ze wspomnianą już Anką, awantury chłopaków po alkoholu, zajęte prysznice, kiedy właśnie chcę się wykąpać, teoretyczna cisza nocna od 22, nudne i senne niedziele, kiedy często nie wiadomo, co ze sobą zrobić, więc zdarza się, że leżę cały dzień w łóżku z laptopem, opuszczając je i schodząc do kuchni do coś do jedzenia albo do picia. Ale mimo to...


Absolutnie nie żałuję tej koniecznej przeprowadzki i uważam, że to była naprawdę rozsądna i świetna decyzja.

Komentarze

  1. Jak dla mnie to by było bardzo ciekawe doświadczenia, mogłabym tak pomieszkać pewien czas. Ale przeraża mnie, że mieszkają tam ludzie po czterdziestce! Jednak w tym wieku mieszkając u obcych, bez własnego kąta, rodziny, salonu pomalowanego na ulubiony kolor - czułabym się tragicznie. W tym wieku chyba już człowiek chce coś uporządkować, być czegoś pewnym. Współczuję trochę tym ludziom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to nie tak, że oni tułają się po świecie, nie mając swojego kawałka podłogi, bo większość z nich ma swoje rodziny i domy/mieszkania w Polsce, tylko sobie tutaj dorabia ;)

      Usuń
  2. Z życia jakie opisujesz można byłoby nakręcić całkiem niezły serial. Ledwo musnęłam życia mieszkania z obcymi ludzi za granicą, bo trwało to nie długo, ale zdecydowanie wolę mieszkanie samemu. Takie lokatorskie życie wolę znać tylko z opisów i opowiadań innych, a Tobie życzę jak najlepszych lokatorów! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co krok spotykają mnie tu takie cyrki, o których nie śniło się nawet filozofom :D
      Podziękowałabym, ale nie chcę zapeszać! :D

      Usuń
  3. Do szczęścia wystarczy mi jedna współlokatorka, która jest tak humorzastą i specyficzną osobą że naprawdę z każdym dniem pytam się, jak to jest że mnie tak wkurza, a jednak nadal dobrze się nam razem mieszka XD Cieszę się że Ci się podoba to wszystko, bo ja bym chyba w takim miszmaszu zwariowała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślałam na początku, ale powiem ci, ze to wszystko to kwestia przyzwyczajenia :)

      Usuń
    2. Wiadomo, do wszystkiego się człowiek jest w stanie przyzwyczaić :)

      Usuń
    3. Do jednych rzeczy szybciej, do innych wolniej, ale... jakoś się da! :D

      Usuń
    4. Fajnie, że się zgadzamy! :D

      Usuń
  4. Ja aktualnie mieszkam z dziewczyną która chyba się nie myje ale zostaly mi dwa miesiace i koniec.

    Szczerze mowiac, nie wyobrażam sobie mieszkac w wiecej niz 2 osoby w pokoju. Zbyt duza szansa na konflikt

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuu, niefajnie. Dwa miesiące szybko zlecą, zobaczysz ;)
      Wiadomo, że nie zawsze wszystkie osoby z pokoju potrafią się na tyle zgrać, żeby nie było zgrzytów, ale nie jest to niemożliwe.

      Usuń
  5. Życie rzuca nas w najdalsze zakątki świata i stawia na naszej drodze przeróżnych ludzi :) Zresztą sama o tym wiesz najlepiej. Myślę, że każda napotkana osoba/ zdarzenie jest lekcją, albo błogosławieństwem. Widocznie tak miało być i najważniejsze, że ta zmiana Ci się podoba :) Wiadomo, w tamtym mieszkaniu wiele się przeżyło, ale z miejscem nie ma co się na długo wiązać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że przeprowadzałam się stamtąd poza sezonem, to przynajmniej nie było mi aż tak tego szkoda, choć i tak przez rok przywiązałam się trochę do tamtego lokalu ;)

      Usuń
  6. Mieszkałam przez 2 lata z samymi dziewczynami, choć przez jakiś okres czasu pomieszkiwał z nami chłopak jednej z nich. Było super, mimo iż z jedna sie nie dogadywałam (próbowała przelecieć mojego faceta, dosłownie.) robiła wszystko, zeby mi go odbić ale to był tylko jeden taki ewenement. Reszta była spoko i miło wspominam czasy kiedy mieszkałam w Rotterdamie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Strasznie mi się podoba coś takiego. Ale nie jestem pewna, czy to nie tylko tak w teorii i jak by to było gdybym się znalazła w takiej sytuacji. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby się tego dowiedzieć, trzeba spróbować :)

      Usuń
  8. Najważniejsze, że Ci się podoba i nie żałujesz podjętej decyzji! Podziwiam za taką odwagę! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Związaną z wyjazdem :)

      Usuń
    2. Nie miałam nic do stracenia, a w takich sytuacjach ponoć robi się różne dziwne rzeczy ;)

      Usuń
  9. Myślę, że w życiu fajne jest to, że czasem coś czego się obawiamy, okazuje się fajną przygodą. Szczerze, te słowa z HNT podobają się i mnie :) Są takie prawdziwe, bo ja w sumie rzadko wiem, czego chcę tak naprawdę. Może to kwestia dorastania... ale to co dostaję chwilę później okazuję się być tym oczekiwanym czymś :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest... naprawdę niesamowite uczucie :) Nie wiem, czy to jest kwestia dorastania, bo ja, mając 25 lat, dalej nie wiem, czego chcę ;)

      Usuń
  10. Hm, życie to jednak jedno wielkie pudełko czekoladek. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nigdy nie wiadomo na co się trafi! :D

      Usuń
  11. Wow, ja bym nie wytrzymała. Podziwiam :) Ja mieszkałam 2 miesiące u ciotki (w ogóle na oddzielnym piętrze) a i tak z radością wprowadzałam się na "swoje" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo że średnio przepadam, jak wokół mnie kręci się wiele osób naraz, to jednak nie wyobrażam sobie mieszkania samotnie albo w 2-3 osoby ;P

      Usuń
  12. Kurcze, nie wiem czy odważyłabym się na taki wyjazd :D Z chłopakiem pewnie tak, ale sama? o nie, to nie dla mnie takie wyzwania :D Jak to wszędzie z jednymi się dogadasz, z drugimi niekoniecznie. Grunt to nie wdawać się za bardzo w konflikty i bardzo uważać na to komu ufać :) Brawo Ty! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wyjechałam sama, tylko z koleżanką, chociaż ona wróciła do Polski w lipcu ubiegłego roku po 4 miesiącach w Holandii, a ja tu dalej jestem. Więcej o moich przygodach tutaj możesz poczytać pod hasztagiuem >netherlands< , bo ciężko mi tutaj tak na szybko napisać jakiś skrót :P

      Usuń
  13. Dlaczego rezygnujesz z kolorówki? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy pomalowałam się 4 razy, więc... chyba wszystko jasne :D

      Usuń
  14. Brzmi trochę jak akademik/mieszkanie studenckie. ;) Najważniejsze, że decyzja okazała się słuszna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie miałam styczności z akademikami, więc sama nie mam porównania, ale niektórzy też właśnie tak mówili ;)

      Usuń
  15. Jak wyjechałam do Niemiec na studia, to też czułam się jak na wycieczce :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dla mnie, to fajnie uczucie :D

      Usuń
    2. Ciężko było się przestawić. Jakoś w polskim akademiku to zupełnie inaczej było :)

      Usuń
    3. Podejrzewam, że nie mogło być tak samo - różne kraje, różni studenci. A ile byłaś w Niemczech?

      Usuń
  16. Tak sobie czytam ten początek i jest trochę jak mój własny. Tyle, że nie Holandia a po prostu Warszawa. Inny dla mnie świat, koszmarnie nieznajomi ludzie. Jakieś takie wszystko obce i nieswoje. Ale człowiek szybko się przyzwyczaja - i do ludzi, i do wszystkiego, co ma wokół. Da się żyć, chociaż nie zawsze jest kolorowo. I nie zawsze chce się widzieć tych ludzi. Ale już sobie planuję przeprowadzkę, zobaczymy co z tego będzie. Czas na kolejne zmiany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówią, że zmiany są potrzebne, bo ile można stać w jednym miejscu ;) Ja od razu rzuciłam się na głęboką wodę, bo do Holandii wyprowadziłam się prosto z domu rodzinnego, ale... przeżyłam, choć wiadomo, że przez pierwsze kilka dni/tygodni nie było zbyt kolorowo.

      Usuń
  17. A ja zawsze podziwiam ludzi, którzy decydują się a przeprowadzkę do innego kraju (chwilową lub na stałe). I sama zamierzam to zrobić, jeśli mi szczęście dopisze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku, mi się naprawdę nie wydaje, że moja przeprowadzka jest jakąś super wielką rzeczą, żeby ją podziwiać :(

      Usuń
  18. aale super się to czyta :D jestem w nieco innej sytuacji, ale totalnie czuję, o czym piszesz, pewnie głównie dlatego, że sama od miesiąca znów mieszkam w nowym miejscu, za granicą i przechodziłam/przechodzę przez te wszystkie momenty ;) trzymaj się i powodzenia ze wszystkim!

    OdpowiedzUsuń
  19. Mama zawsze wie lepiej, nawet opierając się tylko na zdjęciach :D

    OdpowiedzUsuń
  20. Mi się to skojarzyło ze studiami, tam to niezłe zawirowania potrafią być :D W sumie mnie to czeka za rok, wyprowadzka i zjeżdżanie do domu raz na dwa tygodnie... Ale sama nie wiem, czy takie mieszkanie stanie się dla mnie domem. Znam ludzi, którzy wynajęli coś na studiach ze znajomymi i takich, którzy zamieszkali z całkiem randomowymi ludźmi. I tu i tu bywa różnie - albo jest super, albo mają ochotę zamknąć współlokatorów w łazience albo jakimś składziku XD Nie mam pojęcia, jak to jest w praktyce. Póki co trudno mi sobie wyobrazić mieszkanie poza domem. Ciekawe doświadczenia. Zobaczymy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale zagranicę to bym się chyba bała. To znaczy... może w przyszłości. Póki co jak słyszę od znajomych, że chcą studiować np. w Anglii, trochę mnie to przeraża. Nie czułabym się na to gotowa, podziwiam tak odważne i zdecydowane kroki :)

      Usuń
    2. Podczass studiów mieszkałam z rodzicami, więc nie wiem, co to znaczy "prawdziwe studenckie życie", ale z opowieści słyszę to, co piszesz - że jest różnie.
      Na studia za granicą też bym się nie odważyła :P

      Usuń
  21. Będąc w Holandii też przewinęłam się przez różne zakwaterowania, poznałam mnóstwo przeróżnych ludzi, bywały lepsze jak i gorsze warunki, ale... podobało mi się. Najdłużej mieszkałam w domu 10 osobowym, wszystkich to przerażało, a mnie tam było najlepiej. To taki okres w moim życiu, który zawsze będę wspominać z uśmiechem ;)

    ___________
    Ej, jest takie coś jak przewianie xD "Gdy w wyniku działania zimnego powietrza organizm nagle traci duże ilości ciepła, dochodzi do spadku odporności". Ja akurat nogi przewiałam kolejny raz, ból niesamowity, jakby Ci chcieli wyrwać wszystkie mięśnie, zakwasy przy tym to pikuś xD

    OdpowiedzUsuń
  22. Nie miałabym chyba tyle odwagi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na co? Na mieszkanie z obcymi ludźmi?

      Usuń

Prześlij komentarz